Piątek, 23 sierpnia
Róża, Apolinary, Filip, Miła

„Ten człowiek w limanowskiej celi to ja. W tej celi siedzę razem z nim, do tej pory”

04.08.2019 05:30:00 PAN 31 12472

O zasobach zgromadzonych w IPN, strukturze Służby Bezpieczeństwa, motywacji do badania archiwów i odkrywania trudnych akcentów historii Limanowej rozmawiamy z Pawłem Zastrzeżyńskim.

Przemysław Antkiewicz: Twoje felietony wcześniej dotyczyły bieżącej polityki, religii, czy spraw społecznych, jak choćby nagłośnione przez ciebie zjawisko tzw. patostreamów.

Paweł Zastrzeżyński: Tak, ale to zjawisko zostało już zniszczone. Sprawa jest załatwiona, bo władze się tym zajęły. Niektóre z tych osób odpowiedziały bądź odpowiedzą przed sądem. Nie ma potrzeby dalej o tym pisać.

PA: Ale skąd pomysł na badanie archiwów IPN?

PZ: Jestem związany od lat z kinematografią. Byłem uczniem Wajdy. Obracając się w tym środowisku nie mogłem zrozumieć pewnych spraw, zacząłem analizować i dochodzić do prawdy, odkrywając ogromne kłamstwo. I to jest połączone ze służbą bezpieczeństwa, bo dawniej to ona była producentem filmowym, choć oczywiście nie oficjalnie. Zacząłem czytać teczki w IPN, zobaczyłem ogromną rozbieżność między tym, co ci ludzie robili i mówili, a tym co świadczyły o nich materiały zgromadzone przez służby.

PA: Od jak dawna badasz archiwa IPN?

PZ: To już ponad dwa lata intensywnej pracy. W Instytucie byłem już 50 czy 60 razy. Od 8:30 do 17:00 robię fotografie dokumentów. Z czasem usprawniłem pracę tak, że robię zdjęcie na sekundę. Później cały ten „urobek” zabieram do domu. Wszystko wolę analizować na spokojnie, bez pośpiechu robić notatki. Z każdej takiej wizyty przywożę jakieś 10 tysięcy zdjęć, więc to ogrom materiału.

PA: Jak to wygląda od kuchni?

PZ: Musisz złożyć wniosek, dziennikarski lub dla historyka. W IPN rozpatrują go miesiąc. Jeśli dostajesz zgodę na badania, przypisany jest ci tytuł śledczego. Masz opiekuna, z którym zawsze musisz się umawiać. W archiwum wszystko zamknięte, strzeżone. I zagłębiasz się: w inwentarzu szukasz materiału. Ale tam nie da się wpisać „ORMO Limanowa”, by znaleźć zasoby. Trzeba szukać sygnatur. Więc zamawiasz dokumenty i czekasz. Miesiąc, dwa, czasem nawet pół roku, aż wreszcie przychodzi. I możesz czytać. Później, do publikacji, musisz zamówić kopię, zapłacić za nią i podpisać się, bo bierzesz za to pełną odpowiedzialność. W małopolskim IPN mam swoją szafkę, a w niej zamówione dokumenty. Mnóstwo. Jak ostatnio poukładałem koperty z teczkami limanowskich ormowców, to powstał z tego stos o wysokości prawie dwóch metrów. To 1700 sygnatur. Wszystko to dokumenty urzędowe, więc często są zwyczajnie monotonne, pisane „esbeckim” językiem, z całą komunistyczną nomenklaturą. Więc czytasz i czytasz, a gdy wreszcie natrafisz na coś ciekawego, ten dokument prowadzi cię dalej, odnajdujesz kolejne materiały. Tyle, że żeby wydobyć jeden ciekawy dokument, muszę przeczytać czasem 1500 stron. To żmudna praca.

PA: Nie ma chyba w społecznej świadomości poprawnego wyobrażenia tych dokumentów. Dla wielu, stereotypowa „teczka z SB” to zbiór donosów.

PZ: Wszystkie teczki prowadzono z perfekcyjną dokładnością co do przyjętego schematu. Zawartość każdej jest tak samo skonstruowana. Tak jak już mówiłem, to dokumenty urzędowe. Życiorysy, zdjęcia, podania, raporty, kwestionariusze. Wyobraź sobie setki kilometrów teczek ułożonych obok siebie. I ty tam szukasz, drążysz. To jak łowienie ryb na ogromnym akwenie – nigdy nie wiesz co znajdziesz. A najciekawsze rzeczy są tam, gdzie się ich nie spodziewasz, gdzie nie powinno ich być. I tak okazuje się, że ta nasza mała Limanowa ma bogatą historię, tyle że nie taką, jakiej byśmy chcieli.

PA: Czasem można usłyszeć, że materiały w IPN to wielka mistyfikacja, prowokacja służb która miała służyć szantażowi, kompromitacji niektórych osób.

PZ: Tak, założyli teczkę i za mnie podpisali (śmiech). Oczywiście, zdarzały się celowe manipulacje, ale patrząc lokalnie, nie dało się tego robić. Tam są rejestry, które były chronione. Żeby to nieco uprościć: w strzeżonym pokoiku siedziała sobie pani, której jedynym zadaniem było prowadzenie rejestru, wpisywanie agentur. I jak teraz sfingować teczkę, której nie ma w niezależnym rejestrze? Zresztą, każdy dokument ma swoje „echo”, chyba że był ściśle tajny, np. dla jakiegoś generała. Ale ja dziś notatki i raporty znajduję w teczce pana „Z”, a później ślad tych dokumentów znajduję w teczkach panów „X” i „Y”. Tego się nie da podrobić!

Gdy pierwszy raz byłem w IPN otworzyłem teczkę i od razu wtedy wiedziałem, już po tej pierwszej teczce, że to nie ma prawa być fikcją. Nie mam cienia wątpliwości, że dokumenty które przeglądam, to oryginały. Tam są donosy żony na męża, ich listy, autentyczne podpisy, zeznania, zdjęcia, paszporty, życiorysy... Oficerowie potwierdzali uzyskane informacje, nie opierali się na słowach jednego TW. Pisali na przykład w notatkach, że jakaś informacja jest zgodna z doniesieniami od innych TW. Wtedy przygotowywali raporty dla swoich przełożonych, a ci analizowali raporty i zapoznawali się z innymi informacjami, choćby z obserwacji i podsłuchów. Dopiero na tej bazie podejmowano decyzje.

Esbecy wiedzieli, że będą pracować w sytuacji, gdy to wszystko będzie podważane, dlatego musieli zbudować taki system, który się z tego wymknie. Stąd też uważam, SB była najlepiej zorganizowaną strukturą chyba na całym świecie. Nie dało się z nią wygrać. Mieli władzę, pieniądze, ludzi.

Zresztą, po co cokolwiek podrabiać, skoro większość ludzi sama chciała należeć do tego systemu? Tajni współpracownicy sami chcieli, bo mieli interes. Chyba że byli szantażowani pod względem obyczajowym.

PA: A oficerowie? W tych strukturach nie było „Wallenrodów”?

PZ: To był interes, fajna robota, absolutna władza nad innymi ludźmi. Trzeba pamiętać, że służba była dobrowolna, nikogo do niczego nie zmuszano. Nie zapraszano do struktur, to ludzie pisali podania, bo chcieli tam służyć. W szarej rzeczywistości, dla osób najczęściej bez wykształcenia, to było „coś”. A oficerowie chcieli awansować, lepiej zarabiać, wyjeżdżać. To była zwyczajna praca, ludzie robili kariery w tych strukturach, chcieli się wykazać, przypodobać przełożonym. Wyobraźmy sobie dziś, w zwykłej firmie: kto pokusi się okłamać szefa, żeby dostać podwyżkę i lepszą posadę?

PA: Niektórzy mówią o ujawnionych tajnych współpracownikach, którzy są dziś aktywni w życiu publicznym, że byli niegroźni, bo na nikogo nie donieśli nic szczególnego, nikogo nie skrzywdzili...

PZ: Najważniejsze w teczkach są nazwiska. Jeden TW mówił o sprawach błahych, że „Jan Kowalski zrobił to”, ale czasem mogło to oznaczać wydanie wyroku na tego Kowalskiego, w świetle informacji z innych źródeł, którymi dysponowali esbecy. Przykład? O księdzu wystarczyło powiedzieć, że prowadzi „świecki tryb życia”. To już był jego koniec, bo agenci wiedzieli, że mogą się za niego zabrać i po czasie byli w stanie go złamać.

PA: Wiele osób zastanawia się po co to robisz. Więc jak to jest? Skąd motywacja?

PZ: Wiesz, robię to dlatego, że w limanowskiej katowni zabito kogoś, kto powiedział „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Zakatowano go po to by zniszczyć o nim pamięć. Najważniejsi są dla mnie ludzie, którzy mieli być wymazani z historii. Każde życie jest wartością, dlatego zbrodnia nie może nie zostać rozliczona. Ta śmierć nie była bezsensowna! Ten człowiek w limanowskiej celi to ja, ja w tej celi siedzę razem z nim, do tej pory. On został zabity bezimiennie, choć nie chciał nic dla siebie. Takiej motywacji nie da się zbudować, ona jest w człowieku, we krwi i nie można jej zagubić, to nie jest przypadek. Ja nie mam z tego nic, nie mam pieniędzy.

PA: Sądząc po treści niektórych komentarzy, nie zdobywasz też popularności. Ludzie się od ciebie odwracają, reagują emocjonalnie na twój widok na ulicy?

PZ: To samotna droga, ale trzeba było podjąć taką decyzję. Jej konsekwencją nie będzie „happy end”. Jak zaczynasz poszukiwać, idziesz drogą która różni się od tej, którą obierali inni. Przemek, ja nie prowadzę takiego życia, jak ty czy ktoś inny. Nie wychodzę z domu, chodzę tylko do kościoła. Z ludźmi nie rozmawiam. Czasem tylko ktoś przyjdzie do mojego mieszkania, żeby coś wulgarnie wykrzyczeć. Ale ja nie idę w konflikt, wolę się uśmiechnąć i odwrócić, żyć samotnie. Nie staram się nikomu narzucić nic z tego, co myślę. Ale niektórymi rzeczami chcę się po prostu podzielić.

***
Paweł Zastrzeżyński (47 lat) – reżyser filmowy, scenarzysta, producent. Ostatni film i książka Jeden Pokój o dr Wandzie Półtawskiej, wyprodukowany niezależnie, sprzedany w nakładzie 20 000 szt. Ukończył szkołę reżyserii Andrzeja Wajdy. Współpracownik prof. Grzegorza Królikiewicza. Współorganizator sztabu akcji Deklaracji Wiary. Inicjator nadania dr Wandzie Półtawskiej tytułu honorowego obywatela miasta Limanowa, oraz odznaczenia Orderu Orła Białego. Jako publicysta napisał około 150 artykułów, m.in. autor Hołdu dla Beaty Szydło oraz listu otwartego do Premier w sprawie ograniczenia YouTube. W 2018 r. zainicjował na nowo dyskusję wokół Deklaracji Wiary. Jako pierwszy poinformował opinię publiczną o patologicznych zjawiskach na YouTubowych streamach. Inicjator naprawy Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF). Upowszechnił informację na temat limanowskiej katowni UB. Obecnie pracuje nad filmem fabularnym Wyspa W oraz nad książką pt. ŚWIATŁO LATARNI dotyczącą genezy powstania PISF w odniesieniu do środowiska filmowego uwikłanego w struktury Służby Bezpieczeństwa w PRL, jak również nad książką pt. ODNALEZIONY pod redakcją dr Wandy Półtawskiej. Motto życiowe: w twórczości nie idę na żaden kompromis.

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in