O Zbyszku co samolot skonstruował

20.07.2010 13:53:14 JOMB 12 22970

W latach 60. został okrzyknięty najmłodszym konstruktorem świata. Zdjęcie chłopca z Limanowej obiegło ogólnopolskie media. Z tamtych lat zostały tylko wycinki prasowe, wspomnienia i miłość do latania.

Tata Witka
W opowieści rektora Antoniego Tajdusia (www.limanowa.in/wydarzenia/ludzie,49.html) pada nazwisko kolegi z lat szkolnych. Profesor określa go mianem geniusza-wynalazcy i mówi, że pochodzący z Limanowej Piotrowski w dzieciństwie skonstruował samolot, o czym donosiły ogólnopolskie media. Kim jest bohater z lat 60.? Co teraz robi? Piotrowskich w Limanowej jest co najmniej kilkunastu. Gdzie szukać tego właściwego? Zagadka rozwiązała się przypadkowo.
- Czytałam o rektorze, miło, że wspomniał mojego szwagra – mówi pani Jola, z kiosku przy ul. Kopernika.
- Szwagra?
- Zbyszka Piotrowskiego.
Wszystko jasne. Dla mojego pokolenia ten pan Piotrowski jest po prostu tatą Artka, Witka, Jacka i Monika. A tymczasem…

Talent z Limanowej
W 1964 r. media obiegła informacja – piętnastolatek z Limanowej zbudował samolot. „Żbik 2” był dwumiejscowym jednopłatowcem wyposażonym w silnik volkswagena. Jego budowę Zbyszek Piotrowski rozpoczął, gdy miał trzynaście lat. W „Skrzydlatej Polsce” znalazł rysunki modelarskie „Żaka 3”, nieco zmodyfikował projekt i przystąpił do dzieła. Samolot budował w mieszkaniu w blokach przy ul. Józefa Marka. Najwięcej trudności było z materiałami. Wprawdzie samolot wykonany był głównie z drewna, ale i na to potrzebne były środki. Tymczasem mama zajmowała się domem, tata pracował na poczcie, a na utrzymaniu była trójka dzieci. Na swoje hobby Zbyszek musiał zarobić sam. Zbierał więc zioła, które suszył na strychu i sprzedawał, odsprzedał też jeden z trzech akordeonów. W budowie pomagał mu tata. Razem w gospodarstwie w Mordarce znaleźli silnik starego poniemieckiego volkswagena, kupili również koła od kombajnu zbożowego. Po dokładnie dwóch latach i dwóch miesiącach maszyna była gotowa. W mieszkaniu nie można jej było złożyć – miała 6,3 m rozpiętości skrzydeł. Wspólnie z ojcem poprosili więc Bronisława Franczyka dyrektora limanowskiego oddziału Przedsiębiorstwa Budownictwa Ogólnego „Podhale” o udostępnienie jednego z budynków na hangar. W wielkim dniu odpalenia silnika w hangarze zebrała się spora grupa widzów. Silnik ruszył, a że budynek był nieuporządkowanym składem cementu, więc gapie wyszli z hangaru pokryci białym pyłem.

Najmłodszy konstruktor
O młodym konstruktorze dowiedziała się redakcja „Świata Młodych”. 9 października 1964 r. na łamach tej gazety ukazała się informacja o chłopcu z Limanowej. Temat podchwyciły inne media, w tym telewizja. Okrzyknięto go najmłodszym konstruktorem świata. Jedno z pism donosiło: „Zgodnie z opiniami ekspertów samolot został zaprojektowany i zbudowany z godną podziwu dokładnością i odpowiada wymaganiom konstrukcji lotniczych.” „Żbik 2” ze względu na obowiązujące przepisy nie mógł jednak latać. Redakcja „Młodego technika” zaproponowała więc Zbyszkowi pomoc w przechowywaniu samolotu. Aeroplan został przewieziony ciężarówką do Stacji Młodych Techników w Warszawie. Po Limanowej zaczęły krążyć plotki, że chłopiec dostanie za samolot co najmniej równowartość samochodu. Tymczasem, jak się okazało, jedyną rekompensatą dla młodego konstruktora był zaoferowany przez ministra oświaty aparat fotograficzny. Zbyszek jednak nie pojechał po jego odbiór.

Miał być lotnikiem
Był wielki sukces, po czym… zapadła cisza. Media doniosły jeszcze, że młody konstruktor wybiera się do Wyższej Szkoły Wojsk Lotniczych w Dęblinie.
- To mi chyba pomogło w dostaniu się do tej wymarzonej szkoły – ocenia dziś. – Chętnych było 5250, przyjęto nas 106.
Z uczelni zrezygnował po półtora roku.
- Zostałby, gdyby nie program. Byliśmy rocznikiem eksperymentalnym. Na pierwszym roku w ogóle nie było latania. Za to taplaliśmy się w błocie, spaliśmy w namiotach na mrozie i kuliśmy, kuliśmy teorię. Specjalnie przylatywali do nas wykładowcy z UMCS i UW. W którymś momencie przestało mi się to podobać i nie żałuję, że zrezygnowałem – mówi. – Była wprawdzie jeszcze możliwość pójścia do LOT-u, ale w tym przypadku szczęście po prostu mi nie sprzyjało.

Zapomniał nazwiska
Wystąpił z wojska, ożenił się z Danutą i zajął się rodziną. A że wynalazcy zwykle trochę bujają w obłokach, więc na wieść o narodzinach syna… zapomniał jak się nazywa.
- Szpital był wtedy w Sowinach, tam gdzie obecnie jest Dom Pomocy Społecznej. Dostałem od żony karteczkę z wykazem potrzebnych jej rzeczy. Spakowałem wszystko i przejęty narodzinami syna pojechałem do szpitala. Poprosiłem portiera, żeby przekazał torbę żonie, a on zapytał jak żona się nazywa… Kompletna pustka w głowie! Słyszę kolejne pytanie: A pan, jak się nazywa? Eee… Jak ja się nazywam? Świadkiem rozmowy była lekarka, która kazała mnie wyrzucić na zewnątrz. Był 6 grudnia. Dopiero spacer na mrozie nieco mnie ostudził i przywrócił pamięć!

Na czerwonej motolotni
Zajął się rodziną, z której jest najbardziej w życiu dumny. Jednak z zamiłowania do lotnictwa całkiem nie zrezygnował.
- To jest choroba, na którą nie ma lekarstwa. Jak komuś spodoba się latanie, to już przepadł na całe życie – tłumaczy.
Z samolotów przerzucił się na motolotnie. Zaczął od miękkopłatu, którym latał od 1974 r. na tzw. Marsowych polach w Limanowej. W 1983 r. zbudował własną motolotnię z silnikiem MZ.
- Ten kto się nie boi, ten ginie – odpowiada krótko na pytanie o strach przed lataniem na takim urządzeniu. – Latanie to zamach na dzieło stwórcy. Gdyby Pan Bóg chciał, żebyśmy latali, to dałby nam skrzydła, jak aniołom. Najważniejsze jest więc doświadczenie, w powietrzu czyha bowiem wiele niespodzianek i nieprzewidywalnych sytuacji. Czasem jest tak jakby wjechało się z zamkniętymi oczyma w teren pełen dziur. Zwłaszcza szybowanie w górach jest niebezpieczne.
Dlatego, jak podkreśla, ważny jest sprzęt. Sam lata teraz na czerwonej francuskiej motolotni, którą nieraz można zobaczyć unoszącą nad Limanową. W oryginalnym wyposażeniu zmienił tylko śmigło…

Patent na śmigło
Bo Zbigniew Piotrowski w latach 80. zaczął eksperymentować ze śmigłami. Rewelacją okazało się zrobione przez niego śmigło zamontowane do silnika WSK 175 w motolotni kolegi. Posypały się zamówienia. W 1989 r. stworzył firmę produkującą drewniane, ręcznie robione śmigła do motolotni, ULS-ów i większych samolotów.
- To najbardziej awaryjny elementem, poddawany największym obciążeniom. Musi więc być wykonany z wyjątkowo wyselekcjonowanego drewna – brzozy, jesionu lub orzecha – tłumaczy.
Śmigło – dzieło jego rąk ma chociażby słynny RWD-5R Eugeniusza Pieniążka.

Co zostało z tamtych lat?
- Gruba teczka wycinków prasowych, wspomnienia i satysfakcja. Sam samolot prawdopodobnie uległ zniszczeniu. Podeszła pod niego woda. Przed laty przysłano mi pozostałe z niego koła – mówi Piotrowski.
Pozostała jeszcze iskra do własnych konstrukcji. Zbigniew Piotrowski ma pomysł na trzyosobową maszynę latającą. Aby doszło do realizacji trzeba jednak mieć fundusze.
- Niezrealizowany pomysł to nie jest pomysł – kwituje.

Na zdjęciu - Pan Zbyszek ze swoim „Żbikiem 2” w latach 60. (fot. archiwum Z.Piotrowskiego) i Zbigniew Piotrowski teraz.

Materiał archiwalny

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in