19°   dziś 17°   jutro
Poniedziałek, 24 sierpnia Jerzy, Bartłomiej, Bartosz, Emilia, Halina, Malina

Dziewięć lat i dwa dni - internet, którego dorośli nie widzieli (Paweł Zastrzeżyński)

Opublikowano  Zaktualizowano 
0 388

23 sierpnia 2026 roku wszedł w życie art. 255b Kodeksu karnego – pierwszy przepis, który wprost tworzy odpowiedzialność karną za określone formy #PATOSTREAMINGU. Ustawę podpisał prezydent Karol Nawrocki 17 lipca, a 23 lipca została ogłoszona w Dzienniku Ustaw. Dziewięć lat i dwa dni przed podpisem prezydenta, 15 lipca 2017 roku, opublikowałem list otwarty do premier Beaty Szydło w sprawie niebezpieczeństw związanych z transmisjami na żywo na YouTube.

Nie ma sensu robić z tej zbieżności dat historii o tym, kto miał rację. Ciekawsze i dużo bardziej niepokojące jest coś innego: jak długo nowe zjawisko społeczne może rosnąć obok świata dorosłych, zanim ten świat w ogóle je zobaczy. W tamtym czasie przez blisko dziesięć lat byłem związany z pracą wokół dr Wandy Półtawskiej. Film, książka, rozmowy o człowieku, odpowiedzialności, wychowaniu i granicach, których wobec drugiej osoby nie wolno przekraczać. I nagle w lipcu 2017 roku zobaczyłem DanielaMagicala. To było zderzenie dwóch rzeczywistości. Nie zaszokowały mnie same przekleństwa. Zaszokował mnie mechanizm. Transmisja trwała na żywo, tysiące ludzi patrzyły, czat podpowiadał, widzowie wpłacali pieniądze, a kolejne przekroczenie granicy natychmiast przynosiło nagrodę: większą widownię, większy rozgłos, większy zarobek. W kolejnych tekstach opisywałem to jako przestrzeń, której dorośli praktycznie nie widzą, choć dla młodych staje się ona jednym z głównych miejsc życia społecznego.

15 lipca 2017 roku napisałem apel do premier Szydło. Zasadnicza diagnoza była prosta: transmisje internetowe tworzą nowy rodzaj masowego przekazu, niepodlegający regułom znanym z radia i telewizji, a bardzo dużą część jego publiczności stanowią młodzi ludzie. Napisałem wtedy zdanie, które dziś jest kluczowe: trzeba przeciwdziałać temu zjawisku, „gdy jest jeszcze ono na etapie rozwoju”. Jeszcze tego samego dnia DanielMagical przeczytał mój tekst podczas swojej transmisji. 

Nagranie zachowałem. Najpierw Daniel uciszał pokój, bo będzie czytał „Republikę”, potem komentował kolejne zdania, a w pewnym momencie padło: „Jebać go Pawła Zastrzeżyńskiego… Jebać cwe…”, a do widzów wezwanie, żeby mnie „wyjaśnili”. To był dla mnie pierwszy praktyczny pokaz siły tego mechanizmu. Oficjalny list, przygotowany w języku instytucji państwa, w kilka sekund trafiał do świata, który odpowiadał własnym kodem: szyderstwem, wulgaryzmem, czatem i zbiorową reakcją dziesiątek tysięcy osób.

Dzień później dołączył świat „dorosłych” mediów. naTemat opublikował tekst pod tytułem: „Co tam sądy... zakażmy YouTube! Kuriozalny apel filmowca do premier Szydło” i oceniał moje stanowisko jako „oderwane od rzeczywistości”. NOIZZ pisał: „Prawica naprawdę chce kontroli na YouTube”. Pudelek użył ironicznego określenia „błyskotliwy” pomysł i pytał, czy premier „skasuje YouTube'a”. Z apelu o reakcję na konkretny problem bardzo szybko powstała opowieść o człowieku, który chce wyłączyć internet. Ograniczyć wolność. Trzeba pamiętać atmosferę tamtych dni. 16 lipca 2017 roku pod Sejmem trwał wielki protest przeciw zmianom w sądownictwie. KOD, liderzy opozycji, tysiące ludzi. Pamiętam moment po oficjalnym wystąpieniu ówczesnego przewodniczącego KOD-u Krzysztofa Łozińskiego: ze sceny odniesiono się również do mojego apelu, padło określenie „oszołom” i zarzut, że chcę odłączyć internet, a tłum podjął skandowanie: „Nie ma zgody na te metody”. Tak wyglądał klimat tamtego czasu. Rozmowa o odpowiedzialności w internecie bardzo łatwo zamieniała się w rozmowę o cenzurze, wolności słowa i bieżącej wojnie politycznej.

Tymczasem samo zjawisko rosło. W następnych latach powstały kolejne teksty: „Patostreamy – reakcja Rzecznika Praw Dziecka”, „TORUŃ nowe centrum okultyzmu!”, „#PATOLOGIA S.A.”, „Piekielny YouTubowy festyn”, „PATOLOGIA na YouTube ma się świetnie!”, „Przemoc z #PATOSTREAMÓW w szkołach!”, „#PATOSTREAMY z FETĄ!”, później teksty o Fame MMA, przemocy, pieniądzach i kolejnych internetowych granicach. Były apele do prezydenta, Rzecznika Praw Dziecka, posłów i organów ścigania. W marcu 2018 roku Rzecznik Praw Dziecka zwrócił się do Google w sprawie ochrony małoletnich na YouTube. Temat trafił także do interpelacji poselskich. W sumie powstało około 30 tekstów na ten temat oraz kilka apeli do polityków i instytucji. Były też odpowiedzi kilku posłów i działania poselskie.

W tym miejscu trzeba podziękować Limanowa.in. Dla lokalnego portalu teksty o DanieluMagicalu, Google, internetowych subkulturach, Fame MMA czy bezpieczeństwie dzieci musiały momentami wyglądać jak wiadomości z innej planety. Redakcja jednak je publikowała. Dzięki temu dziś można wrócić do archiwum i zobaczyć nie późniejsze wspomnienia, lecz teksty pisane wtedy, gdy zjawisko dopiero nabierało siły.

Najważniejszy problem nie dotyczył jednak jednego streamera. Chodziło o model. W tradycyjnej telewizji widz był odbiorcą. W #PATOSTREAMIE stawał się częścią mechanizmu: płacił donejtem, komentował, prowokował, podpowiadał, żądał mocniejszej sceny. Patologia mogła być monetyzowana w czasie rzeczywistym. Im większe upokorzenie, awantura lub przemoc, tym większa szansa na zasięg. Platforma nie była już tylko nośnikiem treści. Była jednocześnie sceną, kasą i systemem dystrybucji. I właśnie tutaj rok 2026 spotyka się z rokiem 2017. Nowy art. 255b nie „zakazuje YouTube”. Jest znacznie bardziej precyzyjny. Karze publiczne rozpowszechnianie w sieci określonych treści, jeżeli odbywa się ono w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. Przepis obejmuje m.in. poniżające traktowanie człowieka – nawet za jego zgodą – a także treści upozorowane tak, by wyglądały na prawdziwe. Gdy materiał przedstawia małoletniego, odpowiedzialność jest surowsza. Jednocześnie ustawa wyłącza działalność prasową, informacyjną, artystyczną, edukacyjną, naukową i działania podejmowane dla ochrony interesu publicznego.

Po dziewięciu latach najważniejsza lekcja jest więc szersza niż #PATOSTREAMING. Nowe zagrożenia zwykle przechodzą przez trzy etapy. Najpierw są niewidzialne dla ludzi spoza danej społeczności. Potem próba ich opisania jest wyśmiewana jako przesada. Dopiero gdy skutki stają się masowe, wchodzą eksperci, instytucje i prawo. W świecie technologii ten rytm jest niebezpiecznie wolny. Platforma potrafi zmienić zachowania milionów ludzi w kilka miesięcy, a państwo potrzebuje lat, aby zbudować odpowiedź. Skala wpływu internetu na całe roczniki młodych ludzi pozostaje niedoszacowana. Całe pokolenie dorastało w środowisku, którego rodzice, szkoła, media i państwo przez długi czas nie rozumiały. W tym samym czasie gwałtownie rosło zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną i psychiatryczną: w ciągu kilku lat liczba prób samobójczych dzieci i młodzieży wzrosła ponad dwukrotnie, a kolejki do stacjonarnej psychiatrii dziecięcej niemal trzykrotnie. Patostreaming, pornografia, przemoc, upokorzenie i nieustanna walka o uwagę nie znikały po wyłączeniu ekranu. To wszystko odkładało się w dzieciach, które w tym środowisku dorastały. Dziewięć lat temu spór brzmiał: „czy ktoś chce skasować YouTube?”. Dzisiaj Kodeks karny pyta już o coś zupełnie innego: gdzie kończy się publikowanie, a zaczyna zarabianie na cudzym poniżeniu i krzywdzie.

To nie jest powód do triumfu. To jest pytanie o to, dlaczego dojście do tego miejsca zajęło nam tak długo i czy system potrafi korzystać z własnych zabezpieczeń. Jednym z nich jest dziennikarstwo. Dziennikarz powinien działać jak czujnik: wejść tam, gdzie inni jeszcze nie patrzą, zobaczyć pierwsze objawy społecznej gangreny, nazwać je i uruchomić alarm. Nie po to, by zawsze mieć rację, ale po to, by zmusić innych do sprawdzenia czy zagrożenie jest realne.

Najgorszy odruch pojawia się wtedy, gdy zamiast sprawdzić diagnozę, łatwiej zaatakować człowieka, który ją postawił. W 2017 roku łatwiej było wyśmiać „oszołoma, który chce skasować YouTube”, niż wejść do świata oglądanego codziennie przez setki tysięcy młodych ludzi. Przez kolejne lata ten świat rósł, przesuwał granice, zarabiał na poniżeniu, przemocy i szoku. Dzieci dorastały, a państwo dopiero uczyło się, jak ten mechanizm nazwać.

Dziewięć lat później część tego świata ma już własny artykuł w Kodeksie karnym. To pokazuje, że alarm nie zawsze jest przesadą. Czasem jest po prostu wcześniejszy niż świadomość większości. I właśnie dlatego dziennikarstwo nie powinno iść za tłumem. Powinno iść kilka kroków przed nim — tam, gdzie jeszcze jest czas, żeby coś zobaczyć, zanim skutki staną się nieodwracalne.

Komentarze (0)

Nie dodano jeszcze komentarzy pod tym artykułem - bądź pierwszy
Zgłoszenie komentarza
Komentarz który zgłaszasz:
"Dziewięć lat i dwa dni - internet, którego dorośli nie widzieli (Paweł Zastrzeżyński)"
Komentarz który zgłaszasz:
Adres
Pole nie możę być puste
Powód zgłoszenia
Pole nie możę być puste
Anuluj
Dodaj odpowiedź do komentarza:
Anuluj

Może Cię zaciekawić

Sport

Pozostałe

Twój news: przyślij do nas zdjęcia lub film na kontakt@limanowa.in