Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata - z narażeniem własnego życia ukrywali Żydów
24 marca 1944 r. w Markowej na Podkarpaciu, Józef i Wiktoria Ulmowie, ich dzieci oraz ukrywani przez nich Żydzi zostali zamordowani przez Niemców w wyniku donosu. Dzień ten został ustanowiony przez prezydenta Narodowym Dniem Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. Z tej okazji wspominamy jedną z rodzin z Limanowszczyzny, które kapituła Yad Vashem wyróżniła tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata
Historia pomocy - rodzina Sikoniów z Łukowicy
Dom Zofii Sikoń stał przy samym gościńcu. Droga wiodła przez Łukowicę, wieś na południowy-zachód od Nowego Sącza, usytuowaną na opadających łagodnie w kierunku doliny Dunajca stokach.
W początkach XX wieku parafia pod wezwaniem św. Andrzeja Apostoła w Łukowicy, na którą składało się kilka okolicznych wsi, liczyła około trzech tysięcy parafian. Obszar ten zamieszkiwało ponad stu pięćdziesięciu Żydów. Na terenie Sądecczyzny osiedlali się oni raczej w miastach i miasteczkach. W Nowym Sączu w okresie międzywojennym stanowili 1/3 ogólnej liczby mieszkańców. W większości byli to drobni kupcy i rzemieślnicy, wiele rodzin utrzymywało się z dorywczych zajęć.
Zobacz również:
Jak dobrze zaprojektowana akcja konsumencka przekłada się na wzrost sprzedaży
Ogłoszenie o zbyciu nieruchomości Meblomet
Rodzina Brandel-Buchbinder z oddalonych o kilkanaście kilometrów od Łukowicy Biczyc, której losy splotły się z losami rodziny Sikoniów, prowadziła przed wojną mleczarnię. Mieli dwie krowy, konia, niewielkie pastwisko. Wyrabiali masło i koszerny ser, nabiał wozili do „Sącza” na handel.
Zofia Sikoń również pochodziła z Biczyc. Do Łukowicy przeniosła się za mężem. Ten porzucił ją, wyjechał do Nowego Targu. Sama wychowywała dwójkę dzieci. Z pomocą Ani i Stasia gospodarowała na jednym hektarze. W ubogim obejściu stała drewniana dwuizbowa chałupa, obora i stodoła, rosły jabłonie. Nieduży dom składał się z izby, kuchni i stryszku.
„Widziałam tą posesję”. – mówiła w wywiadzie dla Muzeum Historii Żydów Polskich Anda Rottenberg, której ojciec był krewnym ukrywanych, a ona sama opisała ich losy w autobiografii „Proszę bardzo” wydanej na wiosnę 2009 roku. – „To mną wstrząsnęło. Bo to jest pierwszy dom we wsi. To jest Beskid. Beskid jest falisty, ale akurat ta wieś leży na płaskim. Jak się jedzie drogą to jest pierwsza posesja na bardzo płaskim terenie i niezalesionym. Najgorsze z możliwych miejsc do ukrywania kogokolwiek”.
Zofia Sikoń miała 35 lat, kiedy wybuchła wojna. Niemcy weszli do Nowego Sącza 6 września 1939 roku.
W drugim roku wojny rodzeństwo Władysław-Monek, Genia, Hela i Kazek Brandel-Buchbinderowie, zgodnie z niemieckim rozporządzeniem, znaleźli się w getcie w Nowym Sączu. Zamieszkali na ulicy Rzeźniczej. „W getcie wszyscy prócz Geni szczęśliwie dostali pracę” – zapisała we wspomnieniach Helena Alt. „Monek sprzątał i palił w piecach w urzędzie. (...) Pracował też w ogrodzie, ja mu pomagałam, jakoś się to udało załatwić, bo nie wyglądałam na Żydówkę. Najważniejsze, że miałam dostęp do kuchni, zawsze coś można było skombinować dla Geni. Kazek chodził do pracy przy rzece w Chełmcu, robili jakieś umocnienia”. Genia była chorowita.
24 sierpnia 1942 roku Niemcy rozpoczęli wywózkę ludności żydowskiej z getta w Nowym Sączu. Kierunek Bełżec. Żydzi mieli zgłosić się z ręcznym bagażem nad Dunajcem, który stanowił niejako granicę dzielnicy zamkniętej. Do ucieczki namówił Brandlów-Buchbinderów Austriak, kierownik urzędu, w którym sprzątali w getcie. W dniu zbiórki kobiety wydostały się na „aryjską stronę” przebrane za chłopki. Kazimierz zbiegł z pracy w Chełmcu. Spotkali się w umówionym miejscu niedaleko Biczyc. Tam czekali do nocy. Postanowili zwrócić się o pomoc do najbliższych sąsiadów, z którymi przed wojną dzielili po połowie jeden budynek.
„Kiedy zrobiło się całkiem ciemno, poszłyśmy do naszych sąsiadów Ruchałów” – zanotowała Helena Alt. „Otworzyła Janka Ruchałowa, moja najlepsza przyjaciółka. Jak nas zobaczyła, to myślała, że zemdleje. Ruchałowie mieli rodzinę w Łukowicy koło Łącka i Jasiek Ruchała nas do nich zaprowadził. Szliśmy całą noc. Aż doszliśmy do Zośki Sikoniowej, która mieszkała z dziećmi (...). Dzieci nie wiedziały, że jesteśmy z getta, ale Zośka wiedziała”. Z rozmowy z Anną Pasek, córką Zofii Sikoń, przeprowadzonej w 2009 roku dla Muzeum Historii Żydów Polskich wynika, że od początku miała świadomość tego, kto z nimi zamieszka: „Mówię do mamy: »Mamo, to są Żydy«. Odpowiada: »Cicho«”.
Syn Zofii, Stanisław Miczyński (nazwisko, które przyjął po wojnie) spisując w 2000 roku świadectwo dla Żydowskiego Instytutu Historycznego zapisał: „W 1942 roku w sierpniu do mojego rodzinnego domu w Łukowicy nr 185 pow. Limanowski przyszła rodzina Brandel [Brandel-Buchbinder] składająca się z czterech osób: dwóch braci Kazimierza i Władysława oraz dwóch sióstr Heleny i Genowefy. Przyprowadził ich do naszego domu krewny z Biczyc k. Nowego Sącza Władysław Ruchała, prosząc o ich ukrycie przed Niemcami na parę dni”. Relacja dla ŻIH Anny Pasek, siostry Stanisława, zgadza się z jego wersją natomiast w wywiadzie dla Muzeum Historii Żydów Polskich Sprawiedliwa opowiadała, że Władysław-Monek miał dołączyć trzy dni później, ale Zofia nie zdecydowała się na przyjęcie czwartej osoby, więc wstąpił do partyzantki. „[Helena, Genowefa i Kazimierz] nie byli podobni do Żydów, absolutnie nie. A ten był typowy Żyd. Włosy, nos. Typowy Żyd. Tak że mama się nie zgodziła. (...) Gdzie tego czwartego zmieścić? No, nie było gdzie” – opowiadała Anna Pasek.
Władysław-Monek nie zamieszkał z Sikoniami, ale od wiosny 1943 roku regularnie korzystał z ich pomocy. Jest o tym przekonana Anda Rottenberg. „Zośka ukrywała również od czasu do czasu najstarszego brata tego rodzeństwa [Brandel-Buchbinder] Mozesa [Władysława-Monka], który był w partyzantce. (...) W tej partyzantce był Monek i jego szwagier [Józef Holzer]. Coś tam im źle szło, więc już po śmierci Geni, czyli w 1943 roku, też tam się pojawiali i dostawali pomoc. Więc faktycznie nie trzy, a pięć osób [ukrywała Sikoniowa]”.
W niedługim czasie Sikoniowie zawiadomili najbliższych sąsiadów o ukrywanych. Przedstawili ich, jako swoją rodzinę, która uciekła z transportu na roboty do Niemiec.
Anna Pasek wspominała: „Jedni sąsiedzi tylko wiedzieli. Można im było zaufać. Poza nimi nikt nie wiedział. Ale wiedzieli [myśleli], że to jest rodzina. (...) Byli niepodobni do Żydów. »To jest moja ciotka Hela, Kazek wujek i Geńka ciotka«.”
Według Marii Daniel, przyrodniej siostry Anny Pasek, która przyszła na świat w 1943 roku i zna historię z opowieści matki Zofii Sikoń: „Sąsiady wszystkie wkoło wiedziały, co się tam dzieje”.
Ukrywani nie mieli pieniędzy ani kosztowności. Sikoniowie biedowali. Anna Pasek razem z bratem, matką i ukrywanymi uprawiali ziemniaki, kapustę, ale głównie zboża. „Żyto, pszenicę, jęczmień, ziemniaki, kapusta. Tylko to, bo to był tylko hektar. A i zboże trzeba było posiać, ziemniaki posadzić. Ale jakoś myśmy żyli”.
Plony z poletka były niewystarczające, a dodatkowo obowiązywały kontyngenty dla Niemców. Sikoniowie korzystali z pomocy sąsiadów. „[Sąsiedzi] nieraz przysyłali nawet coś do jedzenia, bo Zośka biedna była bardzo” – zapisała we wspomnieniach Helena Alt. „My też nie bogaci. Raz w lecie żeśmy złapali barana. Starczył na długo. Co było, tośmy się dzielili, razem prowadzili gospodarstwo, zbierali latem czernicę [owoce leśne], za co Zośka dostawała od gminy cukier i inny prowiant”.
Zdarzało się, że mali Sikoniowie kradli kury. Anna, która musiała pracować w polu u Niemca mieszkającego we wsi, podbierała co mogła. „Ułatwiło mi to [praca w polu u Niemca], trudno się teraz przyznać, kraść ziemniaki, buraki i wszystko, co nadawało się do jedzenia. Matka moja nigdzie nie pracowała, a z małego ogródka trudno było wyżywić tyle osób. Nie zawsze udało mi się przynieść jedzenie w ciągu dnia, a więc w nocy z bratem Stanisławem szliśmy w pole wziąć to, co udało mi się w dzień schować”.
Ukrywani nie wychodzili z domu bez potrzeby. Z różnych doniesień wynika, że pomagali w gospodarstwie, ale starali się nie rzucać w oczy. „Oni w domu pod kluczem” – relacjonowała Anna Pasek. „To była okupacja. Trzy kilometry byli Niemcy [posterunek gestapo]. (...) Kula w łeb, dom spalić. Nas zabić i ich zabić. Nie zdawałam sobie sprawy tak, jak teraz sobie zdaję. Bo ja byłam za mała, za głupia. A brat był jeszcze młodszy, jeszcze głupszy”.
Krótko po przyjściu do Łukowicy Kazimierz Brandel-Buchbinder wykopał w komórce przy kuchni obok skrzyni z opałem bunkier. Wejście Sikoniowie przykrywali deskami i zarzucali drewnem przeznaczonym do palenia w piecu. „Kaziu wywiercił małą dziurkę na pole, żeby do tego bunkra dochodziło powietrze, bo było duszno” - zapisała Helena Alt. Druga kryjówka powstała jakiś czas potem wewnątrz chaty. To też była dziura w ziemi. W razie niebezpieczeństwa Anna urządzała na powierzchni „plac zabaw”: „Tam [w piwniczce] siedzieli. Cichutko. Niby się bawiłam. Do mnie nie przychodzili [podczas rewizji], bo ja siedziałam tam, gdzie właśnie oni byli. Tam siedziałam, bawiłam się”.
Stanisław po latach wspominał, że w tym czasie musiał myśleć i zachowywać się jak dorosły człowiek. Nie utrzymywał kontaktów z rówieśnikami, aby uniknąć ich odwiedzin w domu. Anna przyprowadzała znajomych, ale zachowywała ostrożność. „Jak przychodziłam z koleżanką czy z kolegą, zanim weszłam do domu, mówiłam: »Mamo, przyszłam z kolegą«, albo »Przyszłam z koleżanką«. Mama otworzyła po cichu drzwi. Słyszała. Wchodziliśmy do kuchni i ich nie było. Byliśmy chwilę czasu: »Mamo, idziemy się bawić na podwórko«. Mama: »No, to idźcie«. Wtenczas mieli swobodę poruszać się”.
We wspomnieniach Heleny Alt pojawiło się kilka dramatycznych historii.
Jedna z nich miała miejsce podczas obecności w gospodarstwie jej najstarszego brata Monka i Józefa Holzera, którzy na co dzień byli w lesie, w partyzantce: „Kazek poszedł z Holzerem i Monkiem młócić zboże, a tu nagle, jak spod ziemi wyrośli gestapowcy na koniach. Józek Holzer i Monek natychmiast się schowali do stodoły, a na ich miejsce wystąpiła Zośka z Hanką, że to niby one tak to zboże młócą. Niemcy kazali wszystkim wyjść przed dom, ale stodoły nie przeszukiwali, a ja tam siedziałam z nimi wszystkimi. Nawet zdjęłam jedwabne majtki i schowałam w sianie, bo jakby co, toby nie uwierzyli, że chłopka”.
Kiedy indziej do Łukowicy przyjechały kupować produkty rolne dwie nauczycielki „(...) Dwie paniusie weszły do naszego domu, czyli do Zośki, która nie miała, co sprzedać, a za nimi gestapo, bo śledziło te kobiety. I pytają, kto to, kto? My z Kazkiem w środku nieschowani. To Zośka mówi, że Kazek to jej mąż. I przedstawia świadectwo szkolne syna jako akt ślubu z Kazkiem. Więc gestapo do nauczycielek: »Du bist ein Jude?«. Du bist ein Jude [Jesteście Żydówkami] do nauczycielek! A nie do nas! I zabrali je. One tam wszystko wyjaśniły i je puścili”.
Maria Daniel słyszała od Zofii Sikoń o wspólnych modlitwach. Podobno w ten sposób jawni i nielegalni mieszkańcy domu radzili sobie z lękiem. „Pamiętam jak mama mówiła, że strasznie się modliły do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Że się bardzo modliły w domu. Wierzyły w Matkę Boską Nieustającej Pomocy”.
Ukrywanych, mimo dzielącej ich odległości, co dwa, trzy tygodnie odwiedzali dawni sąsiedzi, Ruchałowie. Helena Alt opisała również wyprawę do Biczyc, którą odbyła z Kazimierzem. Spotkali się z tam z Władysławem-Monkiem, najstarszym z rodzeństwa.
W marcu 1943 roku zmarła Genia. Chorowała na gruźlicę, ale bezpośrednią przyczyną śmierci było przeziębienie. Niespodziewana wizyta mężczyzny, członka komitetu mieszkańców Łukowicy współpracujących z Niemcami, zmusiła ją do ucieczki i schowania się w kryjówce poza domem w samej koszuli: „Rozległo się pukanie do drzwi. My do bunkra, sami wtedy byliśmy. Wchodzi jakiś mężczyzna z laską i zaczyna chodzić po domu i pukać w podłogę, nic nie mówi, tylko sprawdza, czy nie ma gdzieś pustego dźwięku. Pochodził, pochodził i wyszedł tak, jak wszedł, bez słowa” – zapisała ocalona Helena Alt.
Po wyjściu z kryjówki Genia dostała krwotoku. Brakowało lekarstw. Helena zapisała: „Kilka tygodni później zmarła. Nie wiadomo było jak ją pochować. A ona, jak umierała, to też o tym myślała. I jej ostatnie słowa były: »Co ze mną zrobicie?«. To był poważny problem. Na cmentarzu nie, bo musi być zgoda księdza. Zostawić też nie można. Stanęło na tym, że ją owiną workiem i zakopią pod lasem na oznaczonym miejscu, a miejsce przykryją kamieniami i żelazem od pługa, dla ochrony przed zwierzętami”.
Anna Pasek: „[Mówiła] »Co ze mną zrobicie?«. Na tym koniec. Zmarła. (...) Była bardzo dobra dziewczyna. Gienka. Spokojna, dobra. Myśmy w ogóle nie wiedzieli, że ona jest chora na płuca. (...) Dzięki Bogu, że nikt w domu się nie zaraził, ani mama, ani brat, ani ja”.
Mieczysław Miczyński, syn Stanisława, wnuk Sikoniowej w wywiadzie dla MHŻP opisywał miejsce pochówku Geni, o którym dowiedział się od ojca: „Tam jest paryja. Wąwóz. Dwa, trzy metry w dół. I tam był ten dół wykopany. Dziś zarośnięte wszystko, ale ślad zagłębienia nadal jest”.
Sam Stanisław Miczyński śmierć Geni przedstawił tak: „Było to dodatkowym niebezpieczeństwem, bo zwłoki trzeba było zakopać. Nie było innego sposobu jak tylko zbić paczkę i zakopać jej zwłoki pod osłoną nocy w lesie. Dopiero w 1945 r. Helena, Kazimierz i Władysław, którzy przeżyli, przewieźli zwłoki siostry do Nowego Sącza na Cmentarz Żydowski”.
W drugiej połowie stycznia 1945 roku weszli Rosjanie. Niemiecka okupacja skończyła się, a Brandlowie-Buchbinderowie wyszli z ukrycia. Natychmiast udali się do Biczyc. Dom był zajęty, jego nowi mieszkańcy zaproponowali przedwojennym właścicielom nocleg na podłodze w kuchni. Helena Alt zapisała: „Rano musieliśmy się wynieść. To poszliśmy do Sącza i wynajęli mieszkanko przy Krakowskiej 12”.
Stanisław z Anną również zamieszkali w Nowym Sączu. Chłopak rozpoczął naukę zawodu mechanika samochodowego. Na początku lat 50. zatrudnił się w PKS-ie. Anna została krawcową. Szyła ubrania dla Spółdzielni „Pokój”, w której w charakterze kasjera podjął pracę Kazimierz Brandel-Buchbinder.
Jego starszy brat Władysław-Monek zajął się przemytem i drobnym handlem, jeździł na Słowację i Węgry. W Budapeszcie odnalazł rodzinę, do której wysłał Helenę. Tam poznała przyszłego męża. W połowie lat 50. wyemigrowała z Węgier do Kanady. W 1967 roku ściągnęła do siebie Kazimierza. Władysław-Monek, po krótkim izraelskim epizodzie, osiedlił się w Australii.
Mieczysław Miczyński pamięta wizyty u Kazimierza na Krakowskiej. „Ojciec żył tym. Na bieżąco pamiętał. Z Helą utrzymywał kontakt”. W latach dziewięćdziesiątych Hela zaczęła odwiedzać Polskę. „Za każdym razem jak tu była – przyjeżdżała z Kanady do rodziny – ojciec pytał, czy ma ochotę się tam [do Łukowicy] przejechać. Hela mówiła: »Nie, nie, nie. Nie chcę«.”.
Zofia Sikoń pozostała w Łukowicy z najmłodszą córką Marią. Kiedy ta wyszła za mąż, zamieszkała z jej rodziną. Zmarła w 1971 roku. Dom w Łukowicy spłonął pod koniec lat 50.
Historia spisana w 2010 roku, opublikowana na stronie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w ramach projektu poświęconego polskim Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata.


Może Cię zaciekawić
Zbieraj InCoiny i wymieniaj je na nagrody w programie lojalnościowym InPost
Na czym polega zbieranie InCoinów? Zbieranie InCoinów polega na realizowaniu wyzwań w programie lojalnościowym InPost. Punkty trafiają na Twoje ...
Czytaj więcejUpały, a po południu możliwe burze
Szczegóły alertów meteorologicznych dla powiatu limanowskiego: Popołudniowe burze (Stopień 1): Komunikat obowiązuje dziś od godziny 13:...
Czytaj więcejCo z głosowaniem nad odwołaniem zarządu?
Dopiero po zakończeniu wakacyjnej przerwy radni Powiatu Limanowskiego zajmą się projektem uchwały dotyczącym odwołania Zarządu Powiatu Limanows...
Czytaj więcejOdeszli w ostatnich dniach...
1 sierpnia 2026 r. śp. Maria Bernacka, 86 lat (Pisarzowa) Msza święta żałobna zostanie odprawiona w kościele parafialnym pw. św. ...
Czytaj więcejSport
Turbacz pokonał Limanovię i zagra w finale
TURBACZ MSZANA DOLNA – LIMANOVIA LIMANOWA 2:1 (0:0) Dla gospodarzy bramki zdobywali: Michałczak i Lach. W końcówce spotkania dla Limanovii ...
Czytaj więcejHarnaś pozyskał kolejnego piłkarza
Młody ofensywny zawodnik ma na swoim koncie występy w młodzieżowych mistrzostwach Polski w futsalu oraz Centralnej Lidze Juniorów Futsalu. ...
Czytaj więcejLimanovia wzmacnia defensywę
Nowym piłkarzem Limanovii został Patryk Snopek (rocznik 2007). Młody obrońca przenosi się do klubu na zasadzie transferu definitywnego z Pusz...
Czytaj więcejKrzysztof Toporkiewicz wrócił do I ligi
Wczoraj Unia przegrała na wyjeździe 1:3 z Polonią Warszawa. Toporkiewicz wszedł na murawę w 79 miucie przy stanie 1:1. Wychowanek Harnasia,...
Czytaj więcejPozostałe
Limanowskie wątki w relacjach powstańców
Pył na drodze i sabotaż na stacji Adam Bieńkowski ps. „Żołędź”, późniejszy strzelec formacji „Baszta” na Mokotowie, 1 września 1939...
Czytaj więcejDrewniane zabytki w sąsiedztwie. Ruszamy z wakacyjnym cyklem
Szlak Architektury Drewnianej powstał w 2001 roku z inicjatywy samorządu województwa małopolskiego. Po opracowaniu koncepcji szlaku, do 2003 roku ...
Czytaj więcejRuszają spacery historyczne na Limanowszczyźnie
Sierpniowe spotkania z historią regionu rozpoczną się w sobotę (1 sierpnia) w Szczyrzycu. Uczestnicy zbiorą się o godzinie 15:00 przed cmentarze...
Czytaj więcejZabytkowy nagrobek powstańca uratowany
Na cmentarzu parafialnym w Łososinie Górnej prowadzone są prace konserwatorsko-restauratorskie przy zabytkowym nagrobku Stanisława Zawiszy „Czar...
Czytaj więcej






Komentarze (0)