Piątek, 18 października
Juliusz, Łukasz, Julian, Bogumił, Hanna, Klementyna

Łowca pociągów

27.07.2010 13:07:38 JOMB 7 11048

Kiedy w latach 60. robił zdjęcia pociągów, nawet nie przypuszczał, że po latach ta pasja ogarnie rzesze amatorów kolei i zostanie nazwana trainspottingiem. Łowcy pociągów na wzór spotterów, których obiektem obserwacji są wszelkie statki powietrzne, rejestrują, spisują i fotografują parowozy i nowoczesne lokomotywy.

Zbigniew Sułkowski, emerytowany nauczyciel-polonista z Limanowej, uchwycił na fotografii parowe lokomotywy, składy wagonów pamiętające czasy cesarza Franciszka Józefa. Masywne sylwetki parowozów wynurzają się z mgły i z nocy. A całości dopełniają opowieści pasjonata kolejnictwa.

 


Z ministerialnym glejtem
- Każdy w latach dzieciństwa chciał być lotnikiem, strażakiem, maszynistą. To były zawody, które działały na wyobraźnię. Czasem maszynista pozwalał nawet wejść do środka, obejrzeć lokomotywę wewnątrz. Mnie pasjonowała fotografia, a parowozy były bardzo fotogeniczne. Tak się zaczęło… – opowiada Zbigniew Sułkowski.
W latach 70. dworce kolejowe, pociągi, to były obiekty strzeżone. Ich fotografowanie było zakazane. Dyskretnie łamał prawo, aż w połowie lat 80. dostał glejt – pozwolenie na robienie zdjęć wydane przez ministerstwo komunikacji. Glejt był z dwiema ministerialnymi pieczęciami i zawsze robił wrażenie. Mógł wszędzie wchodzić, jeździć parowozami i, co dla niego najważniejsze, poznawać ludzi.

 


W nocy i we mgle
Najmilej wspomina wyprawę z końca lat 80. dwustutonowym parowozem z Dęblina. Pociąg miał specjalny wagon laboratoryjny. Jak się okazało był to normalny przedział z jednym imadełkiem, które stanowiło cały warsztat. Parowóz specjalnie jechał pod pełną parą, żeby na zdjęciach był lepszy efekt. Zrobione przez Zbigniewa Sułkowskiego fotografie były później wystawione w Nowohuckim Centrum Kultury. Wystawę zatytułował „parowóz ,noc i mgła”. – Uzasadniłem to tak, że mój sprzęt był tak marny, że ze wstydu fotografowałem tylko w nocy i we mgle – mówi z uśmiechem.

 


Szybsze są zające
Chętnie w swych łowach na pociągi wyprawiał się do Wielkopolski. Kiedyś jechał ze znajomym maszynistą pociągiem towarowo-osobowym. Jechali wolno, podziwiając krajobrazy. Później w tekście do specjalistycznego pisma Sułkowski opisał tę wyprawę, stwierdzając, że widział nawet norę lisa i wyprzedzającego ich zajączka. Zaraz odezwał się nieszczęsny zaprzyjaźniony maszynista, żaląc się, że teraz koledzy wyśmiewają się z szybkości jego pociągu. Innym razem wspólnie z klubem miłośników kolei z Krakowa pojechał do Gniezna. Tam zabrał kolegów, niezbyt zainteresowanych sztuką i architekturą, do Katedry Gnieźnieńskiej. Później napisał relacjonując: „koledzy spojrzeli na drzwi katedry gnieźnieńskiej z szacunkiem należnym parowozowi F44”. Za to stwierdzenie prawie miał sąd koleżeński.

 


Polowanie na maszynę
Łowiąc pociągi przemierzył niemal całą Polskę. Szczególnym wydarzeniem było „polowanie na Petuchę”.
- W 1988 roku były w Polsce 3 parowozy pośpieszne. Jeden z nich – Petucha - prowadził międzynarodowy pociąg z Bukaresztu do Warszawy na odcinku od Skarżysko Kamiennej poprzez Sandomierz do Przeworska – opowiada. - To była wielka sprawa, bo z soboty na niedzielę wchodził nowy rozkład jazdy i była to ostatnia okazja by uchwycić Petuchę. Ja, ze względu na pracę, nie mogłem pojechać. Ale kolega z Krakowa wyjawił mi tajemnicę. Okazało się, że to nie będzie ostatni przejazd Petuchy, bo 28 maja wagony wrócą poza rozkładem jazdy. Faktycznie, udało się! Zrobiłem nocne zdjęcia odchodzącego w przeszłość parowozu pośpiesznego.

 


Kowalski znów rozwalił
Spotykając się na co dzień z ludźmi kolei wysłuchał mnóstwo zarówno tragicznych jak i zabawnych historii z dziejów kolejnictwa.
- Ludzie są bardzo pamiętliwi – opowiada. - Przykładem jest historia pewnego maszynisty - Kowalskiego. Kiedy przed wojną został wreszcie samodzielnym maszynistą, wyjeżdżając rozwalił bramę parowozowni. To niechlubne zdarzenie się do niego przykleiło, przez jakiś czas wszyscy mu je wypominali. Minęła wojna, nadeszły lata 60., nasz maszynista szedł na emeryturę. Ostatniego dnia bardzo przejęty ruszył w ostatnią trasę. Chwilę później ktoś przybiegł do dyżurki z krzykiem: Kowalski znowu rozwalił bramę!

 


Syrenka na części
Wspomina, że w latach 60. jeden z jego limanowskich profesorów miał syrenę. Akurat zepsuła mu się na niestrzeżonym przejeździe. Podniósł wiec maskę i próbował coś reperować. W ostatniej chwili usłyszał wyłaniający się zza zakrętu pociąg. Zdążył odskoczyć na bok. Syrenka nadawała się już tylko na części...
- Większe szczęście miała pewna młoda para. Zdarzyło się to w 1979 r. między Tymbarkiem a Limanową – opowiada Zbigniew Sułkowski. - Według wersji oficjalnej było to najechanie bez tragicznych następstw. Drużyna parowozu prowadzącego kilka wagonów towarowych dostrzegła na polnej, przecinającej tor drodze formujący się korowód samochodów z polonezem młodej pary na czele. W rozkładzie jazdy było trochę luzu, zatrzymano więc pociąg kilkadziesiąt metrów przed przejazdem, by korzystając z okazji i regionalnego zwyczaju, w odpowiednim momencie zagrodzić weselu drogę oryginalną „bramą” i wyegzekwować stosowny i wiadomy „okup”. Ze względów honorowych korowód weselny powinien wykorzystać wszystkie możliwości ominięcia „bramy”. Kierowca poloneza wykazał się charakterem i przekonaniem, że zdąży minąć przejazd przed wolno nadjeżdżającym i gwiżdżącym na chwałę nowożeńców parowozem. Nie zdążył. Polonez co prawda nie zatrzymał się, ale kierunek dalszej, niedługiej już jazdy zmienił o 90 stopni. Nikomu nic się nie stało, tylko auto poszło do kasacji. O ile wiem, wypadek nie zakłócił zasadniczo przebiegu wesela...

 


Konik ale nie obsesja
Nie tylko fotografował, ale też wspólnie z kolegą nagrywał odgłosy pędzącej maszyny. – Kiedyś we dwóch targaliśmy magnetofon stereo, żeby nagrać nocną jazdę. A magnetofon to wtedy był naprawdę ogromny i ciężki sprzęt. Pociąg rozpędził się do dopuszczalnej prędkości 100 km na godzinę. Maszynista włączył niesamowitą syrenę, którą zagłuszył wszystko. Ta para, pęd i ta setka to było niezapomniane przeżycie – wspomina.
- Ja parowozy fotografowałem, ale byli tacy, którym zależało na numerze lokomotywy. To rodzaj gry, zabawy dla idei, wyłapać numer mijającego pociągu – mówi. Oczywiście przy robieniu zdjęć potrzebna mu była też wiedza historyczna. Parowozy są jak samochody – mają różnej marki, a oprócz tego każdy ma cechy indywidualne – numer fabryczny, numer rejestracyjny. Dla miłośników kolei standardem jest informacja: „pociąg pod parą: Chabówka – Zakopane – Chabówka, skład: przedwojenny parowóz „Okz-32” (skonstruowany w małej serii specjalnie na trasę zakopiańską) oraz pięć przedwojennych wagonów 2-osiowych”.

 


Człowiek wielu pasji
- Moim największym sukcesem jest to, że w czasie tych łowów na pociągi nikt nie rozpoznał we mnie nauczyciela – polonisty – śmieje się. Choć stare parowozy odeszły w przeszłość, Zbigniew Sułkowski nie rozstał się ze swoim hobby. Czasem udaje mu się uchwycić jakąś lokomotywę odbywającą okazyjny kurs. Limanowianin nie jest jednak zwolennikiem jednej pasji. Nie tylko interesuje się koleją, ale również lotnictwem, fotografią, literaturą, jest też przewodnikiem górskim.
- Nie byłem i mam nadzieję nie jestem zapaleńcem jednokierunkowym. Nigdy nie mogłem wytrzymać wśród pasjonatów dłużej niż trzy dni. Po tym czasie wydaje mi się, że zaczyna być monotematycznie.

 

Zdjęcia pociągów z arch. Zbigniewa Sułkowskiego

 

Materiał archiwalny

 

Znasz ludzi z pasją, z niecodzienną historią, o których warto opowiedzieć? Sam jesteś takim człowiekiem? Skontaktuj się z nami. Pisz na adres: jola@limanowa.in

 

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in