Piątek, 18 października
Juliusz, Łukasz, Julian, Bogumił, Hanna, Klementyna

Pies drapał, czyli wieś babci Teresy

20.08.2009 14:02:14 JOMB 2 6008

Gdyby pani Teresa urodziła się w czasach współczesnych, pewnie byłaby zagorzałą, walczącą feministką. O mężczyznach nie ma dobrego zdania, a powołując się na życiowe doświadczenie stanowczo radzi: - Za mąż to lepiej nie wychodzić!

„W głębokiej wiosce, przez naturę obdarzonej pięknem zielonych stromizn, od wczesnej wiosny do późnej jesieni zawsze czymś kwitnących i zawsze bardzo widocznych w zamkniętym od wschodu, od zachodu pagórkami, krajobrazie – panuje w niedzielne popołudnia rajska cisza.” Tak zaczyna się opowiadanie „W środowisku”. Po dotarciu do Sechny, wioski koło Ujanowic, wszystko staje się jasne. Są zielone pagórki, oblane czerwienią maków łąki, jest też niebiańska cisza.
- Bo tu w czterech sąsiednich domach już nikt nie mieszka. Starzy poumierali, a dzieci w mieście albo za granicą. Ta nasza Sechna to wieś głęboka – wita w progu gospodyni.

Skoro Mickiewicz potrafił


Wśród tych pagórków leśnych, wśród tych łąk zielonych mieszka osiemdziesięciojednoletnia literatka Teresa Grzegorzek. Zaczęła pisać, bo… - Bo pomyślałam, że jak Mickiewicz potrafił, to czemu i ja nie mogłabym spróbować.
Więc pisze, najczęściej zimą, albo wieczorami. - To świetny sposób na nudę. Jak zacznę to nawet się nie obejrzę, kiedy wybija północ. Skąd to pisanie mi przychodzi? Nie mam pojęcia. Najtrudniej wymyślić tytuł i początek, a później idzie już jak po lodzie.
- Z rękopisów jej tekstów czy wierszy bije wisusowski humor i hart ducha mogący zakasować w pięć sekund tuzin emonastolatków – ocenia Sławek Łużny z Limanowskiego Klubu Literatów działającego przy MBP w Limanowej.

Miody od Miodka


Za pisanie zabrała się w latach 90. Wydała epopeję sławiącą tajne nauczanie w Ujanowicach - „Wspomnienia jak legendy”, zbiór wierszy „Hela spod grzybka” i opowiadania „Na chłopski rozum”. Największy sentyment ma do pierwszej książki. Nie może tylko przeżałować, że w publikacji zabrakło ostatniej, jej zdaniem najlepszej księgi. Po wydaniu wspomnień otrzymała list gratulacyjny od prof. Jana Miodka. Profesor pisał: „Trud jakiego się pani podjęła utrwalając w poezji dzieje tajnego nauczania w czasie II wojny światowej ma wartość nieocenioną. Pozwala ocalić od zapomnienia jedne z najpiękniejszych kart naszej walki o przetrwanie nocy okupacyjnej.”

O zastrzelonym żołnierzu


- Moje dzieciństwo przypadło na lata wojny. Szkoda, że nasze pokolenie musiało przez to przejść – wzdycha i zaczyna urywaną opowieść.
O zastrzelonym w miedzy wujku, który z powodu głuchoty nie usłyszał niemieckiego wołania – Halt! O ukrywaniu się w stodole. O tym, że kiedyś znalazł ją żołnierz – piękny, przystojny. Przerażona stanęła z nim oko w oko. Po chwili pełnego napięcia milczenia żołnierz uśmiechnął się i puścił ją wolno. Jej wybawca został później zastrzelony przez partyzantów. Podobno błagał o życie… Gdyby wiedziała, pobiegłaby, prosiłaby o jego ocalenie.
Tę historię opisała w swoim poemacie, ale tam przeżywa ją anonimowa dziewczyna.
- Tak, wszystko co napisałam sama doświadczyłam, czasem może trochę te historie ubarwiłam – przyznaje.

W grzbiet bęksło


Jej dzieciństwo to nie tylko tragiczne historie.
- Mój ojciec zbyt pobożny nie był, gdy raz na rok pojawił się w kościele do spowiedzi, wszyscy księża biegli do konfesjonałów, żeby przypadkiem się nie rozmyślił i nie uciekł. Za to matka była bardzo religijna, zawsze pilnowała wspólnego pacierza. A ponieważ modlitwy trwały długo, czasem któreś z  nas roześmiało się albo zwyczajnie przysypiało. Wtedy matka „bęksała” pięścią po plecach. Bywało, że w czasie modlitwy młodszy brat Władek zamiast św. Elżbieto mówił „św. Elgrzbieto”, a wtedy śmiechu już powstrzymać nie mogliśmy.

Nauczyciele dali chleb


W czasie okupacji uczęszczała na tajne komplety prowadzone w prywatnych mieszkaniach nauczycieli. To im poświeciła wspomnianą epopeję. - Tym ofiarnym nauczycielom, którzy bezpłatnie nas kształcili, narażając własne życie, zawdzięczamy późniejsze życie. Oni popchnęli ludzi, dali nam chleb, bo gdy skończyła się wojna mieliśmy podstawowe wykształcenie.
Zdała maturę w 1948 r. w Rolniczo-Gospodarczym Liceum im. generałowej Zamoyskiej w zakopiańskich Kuźnicach. Potem odbyła kurs nauczycielski w Krakowie. Przez trzy lata uczyła w szkołach w Bębnie, w Dobrej i w Tarnowie. Później ojciec przepisał na nią gospodarstwo, bo była jedynym dzieckiem po szkole rolniczej a ówczesne przepisy tego wymagały. Musiała zrezygnować z nauczycielstwa. Wyszła za mąż, na świat przyszło pięcioro dzieci. 

Byle nie za mąż!


W niepublikowanym wierszu „Czas” Teresa Grzegorzek pisze:
„Zrobieni na szaro przez czas (…)
Oprócz oczu – pamięci
Te ogromnieją w czasie
Zerkają wstecz po życiu
Niejedno było nie to nie to
ale pies drapał
za późno już”
Czego w życiu żałuje?
- Matko Bosko, człowiek był naprawdę zacofany i staroświecki! Dziecko po dziecku i nie było szans na powrót do szkoły!
Tak, gdyby pani Teresa urodziła się w czasach współczesnych, pewnie byłaby zagorzałą, walczącą feministką. Jest bardzo żywotną osobą, czasem w trakcie rozmowy wyrywa jej się mocniejsze słowo, które zgrabnie maskuje szelmowskim uśmiechem. O mężczyznach nie ma dobrego zdania, a powołując się na życiowe doświadczenie stanowczo radzi: - Za mąż to lepiej nie wychodzić!

Franciga na męskim kazaniu


- Za mojej młodości to tak dobrze nie było – wzdycha. - Gdyby dziewczyna ścięła włosy na krótko, oj, dałby jej ksiądz dziekan nauczkę. Długie splecione włosy i koniec! W takim zacofaniu żyliśmy…
Ona – Teresa – trochę z tymi „wiejskimi przyzwyczajeniami” walczyła. Kiedyś wabiona ciekawością co też ksiądz rekolekcjonista z Limanowej wygłasza w kazaniu stanowym dla mężczyzn, zakradła się na nabożeństwo. A był to wyczyn nie lada, bo kobiety na „męskie kazania” miały zakaz wstępu. Przechytrzyła pilnujących drzwi i ukryła się w ławce. Wysłuchała całego kazania i ze złością stwierdziła, że rekolekcjonista jest dla tych pijaków, leni, łapserdaków łagodny i pobłażliwy. Gdy przyszło do odśpiewania pieśni śmiało stanęła wśród mężczyzn i zaśpiewała najgłośniej, budząc popłoch. Wszystko opisała w opowiadaniu z tomiku „Na chłopski rozum”, tyle że jej bohaterka nosi imię Franciga.

Tekla Gil o wsi


Z resztą wielu jej bohaterów nosi cechy albo samej autorki, albo jej sąsiadów z Sechny. Czasem czerpie też inspirację z zasłyszanych opowieści i miejscowych legend.
Swoje utwory podpisywała pseudonimem „Tekla Gil”.
- Gil wzięło się stąd, że w dzieciństwie przez długi czas miałam czerwony, odmrożony nos, więc przezywano mnie „gilem”. A Tekla to imię pajęczycy z dobranocki – wyjaśnia.
Teraz tworzeniu może się oddać cała. Dzieci dorosły, ona sprzedała krowę, nie obsadza pola, a kurki – liliputki ktoś ukradł. Uwielbia pisać wierszem, bo ten sam układa się jej w głowie. Ale jej czytelnicy zdecydowanie domagają się więcej prozy znakomicie oddającej klimat życia na wsi. Bo jak tu nie poddać się urokowi tych opowieści: „Urodził się młody Dziuba. Stary z uciechy zacierał ręce i córki miał za nic. Od dziecka w robocie. W stajni, w polu, chlewie, stodole jak dzień długi. Stary chował pięknego buhaja rozpłodnika, konie, krów, cieląt, wolców, prosiąt wiele. Miały dzioby ciężkie życie, mięśnie wyrobione, silne nogi. Mały Dziuba miał złote czasy.”

Szuflada jest pełna


Jej teksty są śmiałe i pisane ze swadą. Ludowa autorka z ironicznym dystansem patrzy na świat. Na razie oddała się pisaniu bajek. – Bajki pisze mi się szybko. Najtrudniej o dobry temat. Czasem bardzo długo nic nie przychodzi mi do głowy, a później jedno zabawne skojarzenie i już! Boli mnie, że najmłodsi nie czytają, marnotrawią czas przed komputerem, dlatego piszę dla nich.
W szufladzie leżą już cztery kilkunastostronicowe bajki w rękopisie, jest też sporo wierszy i poemat o pielgrzymkach papieża Jana Pawła II. Może kiedyś uda się je opublikować?
- Oj! To by było moje marzenie! – przyznaje. – Ale o wydanie nie będę zabiegać. Już mi nie zależy. Teraz wybieram się jak pliszka za morze do raju…

 

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in