Piątek, 27 stycznia
Ilona, Przybysław, Aniela, Jerzy, Julian, Przemysław

Weronika Odziomek w programie 'Spotkajmy się' Anny Dymnej

15.03.2015 07:38:35 top 9 14383

Gościem najnowszego, wyemitowanego w piątek odcinka programu Anny Dymnej „Spotkajmy się” była mieszkanka Limanowej, Weronika Odziomek. W rozmowie z prowadzącą mówiła o codzienności osób niepełnosprawnych – w jej przypadku, życiu z nieuleczalną chorobą i realizowaniu własnych marzeń pomimo przeciwności.

Weronika Odziomek rodziła się jako wcześniak, w 8. miesiącu ciąży. Z początku nic nie wskazywało na to, że może być chora. Rodzice zauważyli niepokojące objawy po około pół roku – dziewczynka nie rozwijała się prawidłowo. Diagnoza była jednoznaczna: rdzeniowy zanik mięśni typu pierwszego, zwany chorobą Werdniga-Hoffmanna, o najgorszym rokowaniu.
- To druga z najczęściej występujących najrzadszych chorób w Polsce, ale nie wiem dokładnie ile osób na nią choruje. Choroba jest genetyczna, dziedziczna, ale w mojej rodzinie nikt wcześniej jej nie miał. Mam trzy siostry, najmłodsza 12-letnia też choruje - mówiła na telewizyjnej antenie.
Nigdy nie chodziła, nie mogła też samodzielnie usiąść. Dziś jest już dorosłą kobietą, jednak choroba sprawiła że waży niespełna 30 kilogramów. Jak przyznaje, napotykani ludzie często jej współczują, choć jest to niepotrzebne, bo sama czuje się „zdecydowanie szczęśliwa”.
Rozmowa z początku dotyczyła dzieciństwa Weroniki, które jej zdaniem było „genialne” i właściwie niczym nie różniło się od dzieciństwa jej zdrowych rówieśników. Limanowianka podkreślała, że to ogromna zasługa jej rodziców i najbliższego otoczenia. Chodziła do zwyczajnej szkoły, gdzie koleżanki i koledzy traktowali ją tak jak sobie tego życzyła, nie oceniając jej jedynie przez pryzmat choroby. Po gimnazjum kontynuowała naukę w liceum, w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Jej marzeniem były studia medyczne i praca dziecięcego onkologa, szybko doszła jednak do wniosku, że takiemu zadaniu nie podoła fizycznie.
- Chciałam pomagać ludziom. Uświadomiłam sobie iż bardzo dużo dobra dostaję od innych i chciałam to dobro w jakiś sposób oddać. Wtedy narodził się pomysł psychologii - mówi absolwentka tego kierunku, która w trybie dziennym, mimo wielu trudów, studiowała na nowosądeckiej WSB-NLU.
Prowadząca program pytała również o trudne i niekiedy bolesne tematy: relacje z innymi ludźmi, kwestie wiary oraz sens cierpienia. - Pierwszą trudną chwilą, nawet nie związaną z moją chorobą, była diagnoza Zuzi (młodszej siostry – przyp. red.). Pamiętam, że wtedy raz powiedziałam „nienawidzę Cię, Boże” - mówiła. - Bardzo długo nie dopuszczałam do siebie tej myśli, przecież to nienormalne by w jednym domu były dwie osoby na wózku. Pamiętam, że wtedy mama mnie przytuliła i powiedziała, że nie mogę tak myśleć, że muszę być wzorem dla Zuzi. Było to jeszcze w okresie diagnostycznym, więc mama powiedziała że nawet jeśli okaże się, że moja siostra jest chora, to będą o nią walczyć tak samo jak o mnie. I wtedy ten kryzys mi przeszedł - zwierzała się Annie Dymnej i telewidzom.
- U mnie dużą rolę odgrywa wiara - tłumaczyła, pytana o jej rozumienie sensu cierpienia ludzi. - Cierpienie ma jakiś wyższy sens, który ja nie zawsze rozumiem. Wychodzę z założenia, że tak jest i koniec - opowiadała, wspominając że dwukrotnie uczestniczyła w pieszej pielgrzymce tarnowskiej na Jasną Górę. Podczas jednej z nich usłyszała słowa, które podniosły ją na duchu i głęboko zapadły w pamięć – przechodzący kapłan zatrzymał się przy niej i powiedział, że „chorzy są podporą Kościoła”.
Mimo skończonych studiów nie udało jej się znaleźć pracy. Obecnie Weronika jest natomiast wolontariuszem na oddziale paliatywnym szpitala. Wcześniej odbyła tam pięciomiesięczny staż, na zarobkową pracę w tej chwili nie może liczyć. - Pytałam pana dyrektora, powiedział że póki co nie ma możliwości stworzenia etatu, ale jak tylko coś będzie wiedział, to się odezwie - opowiadała.
Uważa, to jest jej miejsce i czuje się tam potrzebna. Słucha ludzi umierających w cierpieniu. Rozmawia nie tylko o ich chorobach, ale i marzeniach, a pacjenci chcą jej wizyt i często dopytują kiedy do wróci. Szpital odwiedza dwa razy w tygodniu. - W miejscu, w którym wydaje się że nie ma śmiechu, zdarzały się sytuacje zabawne - przyznała.
Weronika Odziomek nie lubi współczucia i ludzkiej litości z powodu swojej niepełnosprawności, bo czuje się szczęśliwa. Rozumie ją jednak, zwłaszcza jeśli osoba którą spotyka nie miała wcześniej kontaktu z niepełnosprawnymi.
Do „szewskiej pasji” doprowadzają ją natomiast bariery architektoniczne, których nie brakuje w Limanowej. - Nie wiem z czego to wynika: z głupoty innych ludzi, bezmyślności. Podam przykład: u mnie w mieście były remontowane chodniki i w jednym miejscu zjazd z niego jest taki, że samodzielnie nie mam szans go pokonać. Wiem, że gdybym spróbowała zjechać, to wylądowałabym na izbie przyjęć z rozwaloną głową czy połamanymi nogami. Remontuje się takie rzeczy, a nikt nie pomyśli. Śmieszą mnie windy do różnych budynków, bo najczęściej klucz do niej znajduje się u ochroniarza. Jak ja mam wyjść po schodach? - mówiła rozgoryczona.
Całą rozmowę z Weroniką Odziomek można obejrzeć tutaj.
udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in