Piątek, 27 stycznia
Ilona, Przybysław, Aniela, Jerzy, Julian, Przemysław

Uratował życie 42-letniej Amerykance

12.10.2014 07:53:02 top 7 12786

Tak niewiele trzeba, by uratować komuś życie. Przekonał się o tym Pan Adam, który bez wahania zdecydował się zostać dawcą komórek macierzystych. Ten wspaniały dar życia trafił do 42-letniej Amerykanki. Mieszkaniec Limanowszczyzny zachęca wszystkich, by nie obawiali się zarejestrować i pomóc innym.

Historia z Pana Adama z fundacją DKMS, zajmującą się pozyskiwaniem dawców komórek macierzystych, rozpoczęła się w maju 2012 roku. Jak wspomina, bez większego zastanowienia razem z bratem zarejestrowali się z bratem na stronie fundacji. - Dalej już poszło. Za kilka dni dostałem pałeczki do wymazu z ust i wniosek do podpisania, który wypełniłem i odesłałem z nadzieją, że kiedyś znajdę swojego bliźniaka genetycznego - mówi Adam Hutek.
Sprawa wróciła w czerwcu tego roku. - Ciepły czerwcowy poranek, dzwoni telefon. Odebrałem, a po drugiej stronie pani Katarzyna Niedzielska z prośbą i pytaniem: czy nadal podtrzymuję gotowość zostania dawcą komórek macierzystych? Jeśli tak czy zgodzę się oddać szpik kostny? - wspomina. - Miłe zaskoczenie. Jest tylu ludzi na świecie, a ktoś potrzebuje akurat mojej pomocy. W tamtej chwili pomyślałem, że w sumie jestem zdrowy, a po za tym może to ja kiedyś będę potrzebował pomocy. Oczywiście powiedziałem tak - dodaje.
Od tamtego momentu Pan Adam żył z myślą, że musi na siebie bardzo uważać. - Bo przecież ktoś czeka na cząstkę mnie, a to nie było takie proste - mówi. Otrzymał też informację, że jeśli pobrane próbki krwi w 100 procentach potwierdzą zgodność, to badania wstępne i oddanie będzie w Dreźnie. - Nawet się ucieszyłem że będę miał małe wakacje. Kilka dni później oddałem próbki krwi w ośrodku w Limanowej i rozpoczęło się czekanie na jakąkolwiek wiadomość od pani Katarzyny.
Fundacja odezwała się na początku sierpnia. Okazało się, że wszystko jest w porządku i komórki macierzyste Pana Adama nadają się do pobrania. - W sumie to na taką wiadomość czekałem i nie zakładałem innego wariantu. Przy tej okazji ustaliliśmy termin badania wstępnego na następny poniedziałek i docelowe oddanie szpiku na 26 sierpnia - opowiada Adam Hutek. - Własnym samochodem pojechałem do Wrocławia, a tam już na mnie czekał pan Maciej, tłumacz i kierowca wraz z Danielem, który również jechał na badania. W ten sam dzień dojechaliśmy do Drezna.
Następnego dnia przeprowadzono badania wstępne, które miały wykluczyć jakąkolwiek chorobę. - Przy okazji dowiedziałem się, że mam drugą śledzionę. Szkoda, że nie trzecią nerkę - żartuje. Po badaniach krótka rozmowa doktorem, film instruktażowy i dawka leków w formie zastrzyków. - Granocyt, hormon wzrostu który przyśpiesza namnażanie się komórek macierzystych. Zastrzyki trzeba było sobie dawać na 4 dni przed docelowym oddaniem, rano i wieczorem. Dałem radę - wspomina.
25 sierpnia kolejny wyjazd do Drezna – ten najważniejszy, bo ratujący czyjeś życie. Następnego dnia oddanie szpiku. - Rano przed śniadaniem, ostatnia dawka leku, śniadanie i wyjazd do kliniki, gdzie już na nas czekał pan doktor i wiele pielęgniarek. U mnie całe oddanie trwało troszkę ponad trzy godziny, w sumie przetoczono mi 14 litrów krwi. Gdy kończyłem oddawać komórki, czekał już sanitariusz ze specjalnego helikoptera, który dostarczył komórki na lotnisko. Powędrowały do biorcy, w sumie nie wiedziałem nawet gdzie poleciały - relacjonuje. - Krótki odpoczynek w hotelu no i na miasto. Po oddaniu nie miałem żadnych objawów i czułem się super, uratowałem komuś życie!
Już dzień później Pan Adam wracał do domu. Tuż przed granicą dowiedział się, że jego komórki powędrowały do 42-letniej kobiety ze Stanów Zjednoczonych. - Całą drogę nie wierzyłem, że zrobiłem coś tak cudownego. Mam ciotkę w Ameryce - dodaje z uśmiechem. - Po miesiącu dowiedziałem się, że mój szpik przyjął się bardzo dobrze, a kobieta czuję się naprawdę super. Najgorsze było to oczekiwanie i dbanie o swoje zdrowie, bo nawet z pozoru niegroźna choroba mogła stanąć na przeszkodzie by oddać komórki - mówi Adam Hutek. - Chciałbym zachęcić wszystkich tych, którzy mają jeszcze wątpliwości czy się zarejestrować, żeby się nie obawiali. Niewielka liczba osób może zostać dawcami, gdyż nie zawsze nasz bliźniak genetyczny będzie potrzebował pomocy, ale zawsze trzeba próbować pomagać. W zasadzie nic to nas nie kosztuje i nie ma na co czekać - przekonuje.
Dodaje, że jeśli ktokolwiek waha się przed podjęciem takiej decyzji, to jest gotowy podzielić się swoimi doświadczeniami. - Chcę dać do zrozumienia, że tak niewiele dla nas może znaczyć tak wiele dla drugiej osoby - tłumaczy.
(Aktualizacja 8:08)
udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in