Piątek, 20 września
Filipina, Eustachy, Euzebia, Faustyna, Renata

Memoriał Józefa Ficonia, pamiętają o zasłużonym piłkarzu, działaczu i trenerze

08.08.2019 09:30:00 jaca 0 1431

W najbliższą sobotę na stadionie MKS Limanovia odbędzie się memoriał piłkarski poświęcony pamięci byłego zawodnika, trenera i działacza klubu Józefa Ficonia.

Tego dnia na stadionie odbędą się dwa turnieje. Rano (od godziny 9:00) rozpoczną się wzmagania w Turnieju Skrzatów. W turnieju wezmą udział drużyny: AP Limanovia Limanowa I, AP Limanovia Limanowa II, AP Mam Talent Limanowa I, AP Mam Talent Limanowa II, Dunajec Nowy Sącz, Harnaś Tymbark, LKS Rupniów i Football Academy Dobra. Rozgrywki potrwają do godziny 13:00, a rywalizacja odbywać się będzie w systemie każdy z każdym.

Kolejny turniej rozpocznie się o godzinie 13:30 w którym wezmą udział najstarsi piłkarze, czyli Oldboje. Organizatorzy Memoriału wystawią dwie drużyny: Oldboje Limanovia Limanowa I oraz Limanovia i zaprosili do udziału jeszcze takie drużyny jak Laskovia Laskowa, Dunajec Zakliczyn, Oldboys Lisia Góra, Gorce Kamienica, AKS Ujanowice i Beskid Żegocina. Starsi piłkarze rywalizować będą w systemie 7 + 1 na małe boiska.

W czasie trwania całego Memoriału dzieci będą mogły skorzystać z dmuchanych zjeżdżalni. Tego dnia na stadionie będzie można podziwiać także rekordzistę Guinnessa w żonglerce piłką - Andrzeja Kuklę. 

Andrzej Kukla chciał zostać piłkarzem, ale według trenera był zbyt słaby technicznie. Uwielbiał football i nie chciał się z nim rozstać. Z miłości do niego został footballowym żonglerem, zyskując szybko sławę. Żongler do swoich największych osiągnięć może zaliczyć: rekord świata piłką do koszykówki - 3 godziny i 10 minut. Niedługo po tym, bo już miesiąc później, poprawił go o kolejne 10 minut. W 1993 roku, 41 minut i 12 sekund podbijał piłkę do rugby, w 1996 - 31.500 razy podbił piłkę siedząc. W tym samym roku przez 3 godziny i 57 minut żonglował piłką w pozycji siedzącej. Podbijając piłkę footballową przeszedł 25 km, natomiast piłkę do tenisa ziemnego - 13 km. W wolnych chwilach występuje na ulicach miast, najczęściej w Krakowie, gdzie mieszka. Tego typu pokazy traktuje jako trening, a przy okazji jako formę dorobku.

Na pokaz wyjątkowego gościa organizatorzy zapraszają na stadion Limanovii około godziny 10.30 gdzie Pan Andrzej da po raz pierwszy (pokazów będzie kilka) pokaz swoich nietuzinkowych umiejętności.

Józef Ficoń zmarł nagle w 2007 roku w wieku 51 lat.


Wspomnienie śp. Józefa Ficonia jakie ukazało się na portalu limanowa.in w 2010 roku:

Jeszcze w Śmigus Dyngus 2007 roku śmiał się i symbolicznie polewał wodą z kolegami na pogotowiu ratunkowym przy Szpitalu Powiatowym w Limanowej. Jak zwykle gotowy na wyjazd karetką do ewentualnego wypadku. Dzień później nie przyszedł już do pracy. Tym razem koledzy z pogotowia ratunkowego przyjechali po niego. Niestety pomoc została wezwana zbyt późno. Mimo szybkiej reanimacji serce Józefa Ficonia nie zaczęło już bić. Trzy dni później rodzina, tłumy przyjaciół i znajomych pożegnała go na cmentarzu komunalnym w Limanowej.

Piłkarskie ambicje

Józef Ficoń urodził się w 1956 roku w Laskowej. W miejscowym klubie rozpoczął swoją przygodę z piłką nożną. Wkrótce trafił do Limanovii. Grał na skrajnej obronie. – Był niewysoki, ale za to bardzo ambitny i zadziorny – wspominał swojego kolegę na łamach Dziennika Polskiego Wojciech Ślęzak (były trener i piłkarz Limanovii). – Nie miał jakiegoś wielkiego talentu, jednak imponował wielkim sercem do gry. To czyniło go bardzo wartościowym piłkarzem dla drużyny.

Największym sportowym sukcesem były występy na trzecioligowych boiskach w barwach Limanovii w 1984 roku. – Był solidnym zawodnikiem – wspomina bramkarz tamtej drużyny Andrzej Ćwik. – Jak każdemu zdarzały mu się błędy. Nawet strzelił mi kiedyś samobója. To było bodajże w meczu z Dalinem Myślenice. Potraktowaliśmy, to bardzo humorystycznie i jeszcze przez wiele lat wspominaliśmy tą sytuację z uśmiechem na twarzy.

Murem za swoim trenerem

Po zakończeniu kariery zawodniczej Józef Ficoń został trenerem. Najpierw sowich sił próbował w Laskowiance, potem trafił do Limanovii. – Bardzo często na własny koszt kupował herbatę i cytrynę, żeby chłopaki mogli się napić czegoś ciepłego po treningach – wspominał Andrzej Ćwik. – Był bardzo uczynny i uwielbiał piłkę nożną.

 Miał ogromny szacunek u swoich podopiecznych. - Pamiętam jak kiedyś przegraliśmy pięć meczów z rzędu – powiedział piłkarz Limanovii, Sebastian Wójcik. – Trener Józef Ficoń był bardzo niezadowolony. Zastanawialiśmy się co będzie. Dzień przed następnym meczem kazał nam przyjść do klubu. Powiedział nam wtedy. Jak macie chodzić po imprezach to lepiej sobie tutaj razem posiedźmy i porozmawiajmy. Przynajmniej w dniu meczu będziecie w dobrej dyspozycji.

W 2000 roku Józef Ficoń przestał być trenerem Limanovii. Dymisja szkoleniowca wywołała prawdziwą burze w klubie. Zawodnicy interweniowali w Urzędzie Miasta prosząc o powrót swojego trenera. Zarząd Limanovii nie zgodził się na takie rozwiązanie. Z taką decyzją nie mogli pogodzić się zawodnicy. Odeszła wówczas cała drużyna seniorów. Starsi piłkarze zdecydowali się na zakończenie kariery, a kilku wybrało przerwę w grze jako sprzeciw wobec decyzji podejmowanych przez zarząd klubu. Józef Ficoń, mimo dużego rozgoryczenia nie obrócił się plecami do Limanovii. Postanowił, że przygodę z limanowską drużyną kontynuować będzie jako gospodarz klubu. Był nim do ostatnich dni swojego życia. Przez chwilę szkolił jeszcze drużyny młodzieżowe.

Następnym wyzwaniem trenerskim była praca w drużynie Wierchów Pasierbiec. Jak zwykle przykładał się do swoich obowiązków precyzyjnie, mimo że zespół występował w limanowskiej B-klasie.

 Tysiące wyjazdów

W trakcie 30-letniej pracy w pogotowiu, wyjeżdżał na pomoc kilka tysięcy razy. Uratował niejednego człowieka. Był świadkiem wielu tragedii. Po skończonej służbie często błądził w myślach, zastanawiając się nad kruchością życia. Pewnie dlatego jego praca za kierownicą karetki nie kończyła się w raz z dyżurem. Józef Ficoń znany był ze swojego zaangażowania w inicjatywy społeczne. Od samego początku brał udział w kwestach na rzecz zakupu nowych karetek pogotowia. - Znałem Józka od 35 lat – wspominał na łamach Dziennika Polskiego jego bliski kolega Stanisław Kmiecik. - Gdy grał w Laskovii ja występowałem w Ujanowicach. Po tym jak wrócił ze służby wojskowej podobnie jak ja zaczął pracować jako kierowca pogotowia. Mówiliśmy na niego Ficzek. Był bardzo dobrym kolegą. Nigdy nie było między nami problemów i nieporozumień. Zresztą nigdy nie widziałem by kiedykolwiek się złościł czy krzyczał na kogoś. Dawniej objąć stanowisko kierowcy karetki nie było taką prostą sprawą. Wymagano doświadczenia od kandydata. Przez kilka lat jeździło się w samochodzie funkcyjnym. Dopiero po pewnym czasie można było przystąpić do egzaminu, który przeprowadzał dyrektor wojewódzkiej kolumny transportu. Józek zdał go bez problemu. Jego pierwszą karetką był fiat 125. W tym czasie inni jeździli jeszcze warszawami. Wtedy zaczęła się jego przygoda z ratownictwem. Był bardzo dobrym kierowcą. Jeździł bardzo szybko, ale jednocześnie bezpiecznie. Nic dziwnego, że z czasem powierzano mu najlepsze samochody. Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął jeździć pierwszym mercedesem, który nasza kolumna otrzymała z Holandii. Potem były zbiórki, dzięki którym była możliwość zakupienia nowoczesnych karetek.

Ratując życie innym

 Józef Ficoń wiele razy brał udział w ratowaniu ludzi po tragicznych wypadkach. – Pamiętam jak kilka lat temu doszło do sprzeczki rodzinnej w Rupniowie – wspomina Stanisław Kmiecik. - Wysłano tam dwie karetki. Ja pojechałem jedną, a Józek drugą. Powiedziano nam tylko tyle, że zgłoszenie jest pilne. Był późny wieczór. Podjechaliśmy pod dom. Gdy weszliśmy do środka zobaczyliśmy straszną masakrę. Krew była wszędzie. Na podłodze, na ścianach, porozwalane meble. Jakiś mężczyzna leżał na podłodze nieżywy, drugi w przedpokoju cały we krwi z ranami kłutymi. W takiej sytuacji chciałoby się wyjść i nie patrzeć na tą tragedię. Ktoś z członów rodziny wpadł w szał i wymachując nożem zmasakrował tych ludzi. Musieliśmy się przełamać i udzielić pomocy rannemu. Byliśmy roztrzęsieni, myśli gdzieś błądziły daleko, a tu trzeba szybko i bezpiecznie dowieść człowieka do szpitala.

Chwile zadumy

- Najgorsze jest jak się jedzie do dzieci i młodych – kontynuuje Stanisław Kmiecik. - Wtedy jest najbardziej żal. Pomimo wieloletniej rutyny człowiek najbardziej się wzrusza. Przykro jest patrzeć na takiego małego cierpiącego dzieciaka... szkoda słów. Pamiętam jak całą okolicą wstrząsnęła śmierć 17-latków, którzy zginęli w wypadku samochodowym na tzw. prostej w Dobrej. Razem z Józkiem pojechaliśmy na miejsce wypadku. To było już po północy. Byliśmy tam pierwsi, jeszcze przed strażą i policją. Podjeżdżamy i widzimy auto, złamane na pół. W środku dwoje młodych ludzi leży przypiętych pasami. Było bardzo niebezpiecznie bo z baku wyciekała benzyna. Mimo dużego ryzyka wybuchu szybko wyciągnęliśmy poszkodowanych na zewnątrz. Niestety już oboje nie żyli. Znowu dopadła nas chwila zadumy. Józek to szczególnie przeżywał, było widać po nim... Bardzo często przez jakiś czas ten straszny widok wraca w pamięci. Po takich akcjach przychodziliśmy na dyżurkę. Dopiero po paru chwilach tak naprawdę dociera do każdego co się stało. Staramy się nie myśleć o tym, że przecież takie tragedie będą się powtarzać. Właściwie nie ma dyżuru, żeby coś się nie działo. Jeżeli jakaś akcja reanimacyjna się nie powiodła, to jak koszmar wracały wspomnienia o tragicznych wypadkach. Widzieliśmy, że Józek czasami przeżywał ciężkie stany. Był bardzo wrażliwy na widok ludzkiego cierpienia. W razie powodzenia akcji czuł, że jest potrzebny, że ta robota nie idzie na darmo. Bardzo się wtedy cieszył.

Ostatni dzień

 Śmierć po Józefa Ficonia przyszła nagle. Przed wyjściem do pracy postanowił odwiedzić swój ogródek. Kwiaty były jego pasją. Wkrótce na pogotowiu odebrano sygnał, że Józefa Ficonia znaleziono nieprzytomnego. Koledzy pędzili z ogromną szybkością na pomoc. Było już za późno. Przyczyną zgonu był zator.

Józef Ficoń (19 marca 1956 - 10 kwietnia 2007)

Piłkarz, trener, działacz KS Limanovia i wzorowy pracownik limanowskiego działu transportu sanitarnego. W miejscowym klubie grał w piłkę nożną, na początku lat 70. Po zakończeniu kariery piłkarskiej zajął się szkoleniem. Pod jego wodzą w 1994 roku seniorzy tego klubu awansowali do IV ligi.

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in