Sobota, 19 października
Pelagia, Piotr, Ziemowit, Jan, Paweł, Izaak, Michalina, Michał

„W muzyce realizuję się, samodoskonalę oraz oddaję upust emocjom”

15.09.2019 05:25:00 PAN 0 4324

O rapowych początkach, inspiracjach w tworzeniu muzyki, szansach i zagrożeniach, planach na przyszłość i o tym, czy z hiphopu można żyć – rozmawiamy z Bartłomiejem Kołodziejczykiem, czyli mszańskim raperem Koko, tekściarzem i współzałożycielem składu Świadome Sny, który właśnie dołączył do Visioners Label, wytwórni warszawskiego rapera Pono.

Przemysław Antkiewicz: Nie licząc spontanicznego freestyle'u na ławce z kolegami, od kiedy tworzysz muzykę?

Koko: Klasycznie - czasy gimnazjum. Pamiętam, dopadłem wtedy instrumentale GZA z Wu Tang Clan’u i zrobiłem na nich chyba z 8 numerów. Śmieszne jest to, że właśnie niedawno dane mi było znów usłyszeć tamten materiał. Jeśli przefiltrować by go przez grubą warstwę sentymentu i zrozumienia jak rapowało się w 2001 roku, to jest to naprawdę fajny kawałek muzyki. Sam początek mojej przygody z rapem to jednak kasety Liroya - szukałem miejsc w utworach, gdzie nie rapował i nagrywałem swoje wokale na drugiej kasecie.

PA: Od zawsze byłeś nakierunkowany na rap, czy próbowałeś się spełniać w innych filarach hiphopu?

Koko: Zawsze ładnie rysowałem, więc i graffiti nie było mi obce. Do dnia dzisiejszego garaż mojej mamy zdobią moje wrzuty. Wiadomo, kilka nielegalnych malowideł również zrobiłem. Ach, te ucieczki ze spray’em w ręku - piękne czasy. Ruszam się jak słoń w składzie porcelany, więc o breakdance nie było mowy. DJ'ing kocham, ale tylko jako słuchacz i niech tak już na zawsze zostanie. Rap to filar hip hopu, który od zawsze najbardziej mi odpowiadał. To tutaj czuję się naprawdę wolny i miejmy nadzieję, że będę miał jeszcze w tej kwestii dużo do powiedzenia.

PA: Pamiętasz hiphopową płytę, która zrobiła na Tobie największe wrażenie? Taki „kamień milowy” na Twojej drodze, po której postanowiłeś zająć się rapem? Jeśli tak, to jaki to był album, jakiego wykonawcy?

Koko: To na pewno był Alboom Liroya. Właśnie ta kaseta sprawiła, że zacząłem słuchać rapu. Tak, w czasach mojej młodości słuchało się jeszcze kaset. Natomiast jeśli chodzi o przełom w tworzeniu tego rodzaju muzyki, to był to album Slim Shady LP od Eminem’a. Zakochałem się w jego chamskim i nieprzewidywalnym stylu. Dla tego gościa nie było tematów tabu. Rapował o tym o czym chciał i jak chciał. Wtedy zrozumiałem, że też chciałbym taki być. Dzisiaj raperzy boją się mówić o pewnych niewygodnych tematach, ponieważ może to spowodować uszczuplenie grona ich słuchaczy. Polski rap jest teraz neutralny jak Szwajcaria. Natomiast Eminem z tamtej płyty był jak bomba na Bagdad. Dla mnie twórczość to wyrzucenie z siebie wszystkiego co cię męczy i nie daje spać. Chodź Shady miał wtedy inne problemy niż 14-letni Bartek z Kasinki Małej , to ja wtedy zrozumiałem, że on rapuje do mnie i tylko do mnie. To jest właśnie czyste piękno tej muzyki.

PA: Pierwsze skojarzenia z polskim rapem budzą duże miasta, ogromne osiedla szarych bloków z tysiącami mieszkańców. Do dziś najbardziej znani artyści to reprezentanci Warszawy, Poznania, Łodzi, Wrocławia. Ty jesteś raperem z Mszany Dolnej, miasta które liczy pięć razy mniej mieszkańców, niż jedna dzielnica Krakowa. Zadajesz więc kłam twierdzeniu, że nie da się robić rapu „na prowincji”. Skąd w takiej rzeczywistości czerpiesz inspiracje?

Koko: Zastanówmy się o czym piszą raperzy z miast, które wymieniłeś? O życiu na blokach, osiedlach i tkance miejskiej? Może prowizorycznie. Prawda jest taka, że piszą o marzeniach, biedzie, szarej rzeczywistości, chęci wybicia się, poszukiwaniu szczęścia i wielu innych sprawach. To nie miejsce cie definiuje, a twoja wrażliwość i sytuacja w której się znalazłeś. Pod pozornie prostymi tekstami kryje się prawda, którą można znaleźć zarówno w wielkiej metropolii, jak i w małej wsi na końcu Polski. To chęć utożsamiania się z innymi ludźmi, którzy mają podobnie zwichrowane życie lub podobne postrzeganie rzeczywistości jest tak piękna w tej muzyce. Część Polski w której żyjemy jest mega inspirująca, spotyka się tu bieda z bogactwem, mieszczaństwo z przepięknym wieśniactwem, lokalna kultura z napływem nowych technologii. Te konflikty są piękne i warte opisania.

PA: Jeszcze 15 lat temu debiutujący artyści wydawali „nielegale”, czyli nagrywali i rozpowszechniali płyty własnym sumptem, bez udziału dużych wytwórni. Dziś, by podzielić się własną twórczością, wystarczy kliknąć „publikuj” na YouTube, można zrobić wielkie zasięgi w mediach społecznościowych. Jest łatwiej, czy paradoksalnie – znacznie trudniej przebić się ze swoją muzyką?

Koko: To zależy - jest zarówno łatwiej, jak i trudniej. Internet zmienił tą kulturę diametralnie. Dziś nie trzeba się znać osobiście, by stworzyć wspólny numer. Czy to źle? Nie. Gdyby nie Internet, nie nagrałbym numerów z ludźmi z Radomia, Bielska, Jastrzębia, a nawet z Irlandii. Poznałem i zaprzyjaźniłem się z nimi właśnie przez Internet. Teraz z niektórymi miałem już szansę osobiście się spotkać, a z resztą zapewne zobaczę się w przyszłości. Gdyby nie Internet, to pewnie nigdy nie usłyszałby o mnie Pono i nie zaprosił do swojej wytwórni. Drugą stroną medalu jest to, że w dzisiejszych czasach może nagrywać każdy i pewnie jest więcej raperów niż słuchaczy. Bardzo trudno się „wybić”, ale ja jestem zdania, że każda dobra muzyka prędzej, czy później da o sobie znać szerszemu gronu odbiorców. „Nielegale” oczywiście dalej powstają. Dostaje je co jakiś czas - każdy z nich to sztos!

PA: Słuchasz polskiego rapu, czy wolisz ten zza oceanu? Są jacyś rodzimi artyści, z którymi chciałbyś wystąpić na jednej scenie albo nagrać featuring?

Koko: Zawsze staram się sprawdzać nowości, ale ostatnio dużo pracuję nad własną płytą i niestety mam mało czasu na słuchanie innej muzyki. Jeżeli słucham polskiego rapu to z reguły jest to podziemie. Serio, jest tyle fajnych rzeczy, że obecnie rzadko słucham już mainstream’u. Wystarczy, że moi ludzie, jak na przykład Emikae, Pavulo, Ajkan, Maka, Djobelny, czy wielu, wielu innych, coś wypuszczają i mam słuchania na długie wieczory. Dziś podziemie wcale nie odstaje od mainstream’u, powiem więcej, jest w opór ciekawsze. Natomiast z USA ostatnio wracam sobie do Kevina Gatesa, Vinniego Paza czy Redmana. Jeżeli chodzi o to z kim chciałbym nagrać, to jestem takim szczęściarzem, że albo już z nim nagrałem albo nagram w niedalekiej przyszłości. No dobra, bardzo chciałbym nagrać jeszcze z Biszem. HALO, BISZ! SŁYSZYSZ MNIE?

PA: Twój rap odstaje od najnowszych trendów, jest oldschoolowy i wydaje się, że Twoją twórczość najbardziej docenią ci, którzy słuchają takiej muzyki od wielu lat. Nie licząc sukcesów Sokoła, O.S.T.R. czy Gurala, dziś wśród młodych króluje Quebo, Taco Hemingway, schafter, Tymek, Bedoes... Podoba Ci się kierunek, w którym ta muzyka zmierza? To stały trend, czy chwilowa moda?

Koko: Nie podobają mi się nowe trendy głownie ze względu na przekazywane treści. Co mnie gościu obchodzi, że jeździsz Bentley’em. Co mnie obchodzi, że masz hajs. Nie umiesz go zarabiać i skończysz jak większość gwiazd NFL, czyli jako bankrut. Mnie obchodzi co myślisz, co cie trapi, co pozwala lub nie być szczęśliwym. Niestety takiej muzyki trzeba szukać poza kartą „na czasie” w YouTube. Dzieciaki chłoną rap ze Stanów jak gąbki. Tylko, że jak murzyn z getta nawija o GUCCI, to może jest to powodowane tym, że całe życie funkcjonował w skrajnej biedzie i kryminale z czego w końcu udało mu się wydostać. Rapowanie o tym można uważać za środkowy palec dla systemu. Jak dzieciak z Polski nawija o GUCCI i pochodzi z dobrego domu, to jest to po prostu kretynizm. Jeżeli chodzi o brzmienie to można powiedzieć, że rap zatacza kręgi co dekadę. Dziś mamy erę disco, jutro znów wróci boom bap. Tak naprawdę w większości to, to o czym jest kawałek, stanowi czy będzie on ponadczasowy, czy nie. Co do słuchaczy to nie generalizowałbym aż tak. Dziś młodzi również słuchają dobrego oldschool’u, jak nie to podrosną ze dwa lata i też będą.

PA: Zawód: muzyk, czy raczej muzyk-pasjonata? W naszym regionie wiele osób utrzymuje się z muzyki, ale są to zwykle folkowe kapele, a przecież raperzy nie grają na weselach. Czy, poza absolutnym mainstreamem, można w Polsce „wyżyć z rapu”?

Koko: Jak na razie to ja w muzykę jedynie pieniądze pcham, a nie zarabiam. Jak będzie za rok? Nie wiem - wtedy porozmawiamy. Wiem natomiast, że jeszcze dużo przede mną i muszę zagrać wiele koncertów, żeby wyjść na zero. Sobie samemu najbardziej życzę, żeby móc zamienić pracę na budowie, na pracę artysty. Na razie wygląda to tak, że pracuję 12 godzin dziennie, muzyce oddaje ze 3, do tego dochodzi jeszcze rodzina, czyli żona i 3 miesięczny syn. W worach pod oczami to bym sobie mógł luźno wszystkie teksty zmieścić (śmiech). Jednak mimo wielu obowiązków jestem teraz najszczęśliwszy w całym swoim życiu.

PA: Co dalej? Wiążesz swoją przyszłość z muzyką i bierzesz ją na 100% poważnie, czy zamierzasz się zajmować nią na tyle, na ile czas pozwoli i tak długo, jak będzie sprawiała Ci satysfakcję?

Koko: Muzyka jest moją pasją. Jeżeli przestanie mi sprawiać przyjemność to ją rzucę, tak jak już zrobiłem to kilka lat wcześniej. Ta sfera mojego życia to póki co żaden obowiązek. Tu się realizuję, samodoskonalę oraz oddaję upust emocjom. Jeżeli przestanie mnie to satysfakcjonować, to z tym skończę i zostanę tylko słuchaczem. To co jest wymuszone nigdy nie będzie miało blasku.

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in