Tyle lądowań ile startów

23.07.2010 11:06:33 JOMB 5 14816

Chłopiec biegnie przez łąkę. Zadziera wysoko głowę. Mruży oczy patrząc w bezkresną dal. I nagle… Jest! Ciszę rozprasza huk silników. Malec otwiera buzię w niemym zachwycie. Tkwi tak w nabożnym podziwie, dopóki samolot nie zniknie za linią horyzontu.

Pięćdziesiąt lat później za sterami potężnego Boeinga 767 siedzi pierwszy pilot. W rękach dzierży wolant, którym delikatnie prowadzi prawie 145 tonowy samolot.
- Lot 006. Tu wieża. Masz pozwolenie na lądowanie.
- Lot 006. Pozwolenie na lądowanie odebrane.
Ogromna maszyna miękko siada na ziemi. Rozlegają się oklaski. Przez twarz pilota przebiega uśmiech.
- Kapitan Ryszard Jaworz-Dutka dziękuje za lot.

Powietrze to jego żywioł
Na niebie spędził ponad 2 lata. Na niebie i w niebie swoich dziecięcych marzeń. Do tej pory przelatał w sumie około 21 tys. godzin. W PLL LOT jest od 34 lat, od prawie dwudziestu pilotuje boeinga.
- Od zawsze wiedziałem, że tylko to i nic innego – przyznaje.
Urodził się w Limanowej, ale jego rodziców los rzucił na ziemię kielecką. W Kielcach działał w Harcerskiej Drużynie Lotniczej. Druhowie pracowali w modelarni, czasem wyjeżdżali na lotnisko aeroklubu do Masłowa. Tam zdobywali sprawności jako pomocnicy na starcie. W nagrodę od czasu do czasu piloci  zabierali ich na podniebne wojaże szybowcem albo samolotem. Mały Ryszard z niecierpliwością czekał na moment, gdy osiągnie wiek szesnastu lat. Wreszcie mógł wziąć udział w szkoleniu praktycznym w powietrzu. Był rok 1962. Na lotnisku Aeroklubu Kieleckiego w Masłowie rozpoczął szkolenie szybowcowe. Od tego czasu nie rozstaje się ze sterami. Powietrze jest jego żywiołem.

Wyszli cało
Latał sportowo na szybowcach, samolotach, później został instruktorem. W 1975 r. nadarzyła się okazja, by szkolić się w PLL LOT. Nie wahał się. Zaczynał od samolotu An24, przeszedł przez Iła 18, Iła 62, aż wreszcie doszedł do Boeinga 767, na którym lata do dzisiaj. Był w grupie pilotów z pierwszych sześciu załóg, które przeszły szkolenie na szerokokadłubowym odrzutowcu. Ćwiczyli w amerykańskiej bazie wojskowej. Oczywiście latali na „swoim samolocie”, właśnie zakupionym. Takie są zasady. Później miała miejsce wielka gala. Z dziennikarzami na pokładzie zainaugurowali lot boeingiem przez Atlantyk z lądowaniem na Okęciu. Był rok 1989.
- Wcześniej lataliśmy na samolocie Ił 62. Różnica kolosalna. Tam potrzebnych było pięć osób – dwóch pilotów, radiooperator, nawigator i mechanik pokładowy. Tu jest tylko dwóch lotników.
Iły miały jeszcze jedna wadę. Były najbardziej awaryjnymi maszynami. Czarną kartę w historii lotnictwa zapisał w 1987 r. „Tadeusz Kościuszko”, który rozbił się nad Lasem Kabackim. Zginęły 183 osoby. Wcześniej podobna katastrofa miała miejsce w Moskwie. Po starcie wysiadł jeden silnik. Maszyna, z dużą ilością paliwa, nie miała prędkości, nie miała siły nośnej. Runęła w dół.
Inna tragedia była o krok. Pewnego dnia kapitan Jaworz-Dutka zostaje poderwany z dyżuru. Lot do Kopenhagi na samolocie Ił 62. Mało pasażerów. Trasa niedaleka. Biorą niewiele paliwa. Dzięki temu obciążenie nie jest duże. Po starcie następuje awaria silnika.
Dziś mówi: - Gdyby to był lot atlantycki z pełnym bakiem i kompletem pasażerów, już byśmy z tego nie wyszli.

Rybitwy w silniku
Innym razem startuje z Okęcia do Montrealu. Jest piękny słoneczny dzień. Na pasie startowym wygrzewają się rybitwy. Potężny boeing zaczyna kołować, by wznieść się do lotu. Wzbija się w powietrze. Wraz z nim w górę podrywają się ptaki. Trafiają w samolot. Wpadają do silnika. Motor zaczyna wibrować. Trzeba wyłączyć jeden silnik. Trzeba zrzucić paliwo. Trzeba lecieć dalej. Gra nerwów. Opanowanie. Lądują na jednym silniku. Na ziemi ogląd maszyny. Zniszczenia ogromne. Trzynaście łopatek wentylatora połamanych. Niewłaściwa reakcja pilota i… katastrofa.

Lata jak z nut
Z góry widział cały świat. Latał do Pekinu, Montrealu, Los Angeles, Tajlandii, Wenezueli, Japonii, na Karaiby. Teraz najczęściej przemierza trasy do Chicago, Nowego Yorku i Toronto. Najdalszy lot odbył do Patagonii.
- Oczywiście, że nie boję się latać. Ja podziwiam tych, którzy potrafią grać z nut. Dla mnie takimi nutami jest dokumentacja lotu. Nie ma dla mnie znaczenia, gdzie mam kurs. Nie jest ważne, czy znam lotnisko. Po prostu idę do pracy. Latanie jest dla mnie tak samo zwyczajne jak prowadzenie samochodu. Wiadomo, są fazy, w czasie których trzeba się mocno koncentrować, ale są też okresy spokojnego lotu.

W pojedynku z burzą
A warunki są różne. Czasem widoczność ograniczona jest do 400 metrów. Nie wiadomo co jest na pasie. Widzi się tylko mgłę i w ostatniej chwili światełka. Najtrudniejsze jest zmierzenie się z warunkami atmosferycznymi, z frontami burzowymi. Gdy lecąc samolotem komunikacyjnym pilot stwierdzi, że zbliża się front burzowy, nie może zawrócić. Nie ma cudów, nie da się też przystanąć, by przeczekać zawieruchę. Musi wybrać najlepsze przejście. Bywa gorąco.
 - To kwestia doświadczenia. Wiem, że odpowiadam za 250 pasażerów i samolot, który wart jest 100 mln dolarów. To ten moment maksymalnej koncentracji i zaangażowania.
Front idzie. Samolot leci. Każdą zmianę trasy trzeba uzgodnić z kontrolą naziemną. Łączność szwankuje. Samolot leci. Częstotliwość ratunkowa. Ułamki sekund.
- Wtedy wiem, za co mi płacą.

Ucałował ziemię
Na początku swej lotniczej kariery leciał z Warszawy do Katowic. Na południu Polski nie było radarów. Trasa biegła z Warszawy na Jędrzejów i w prawo na Pyrzowice. Samolot leciał na wysokości 6 tys. metrów. Kontroler w Warszawie widział nadchodzący front burzowy. Żeby go ominąć, maszyna ruszyła w lewo. Zasięg radaru z Okęcia się skończył. Pilot mógł się zdać tylko na wyposażenie nawigacyjne samolotu. Ale podczas wyładowań atmosferycznych urządzenia szaleją. Wskaźniki biegają we wszystkich kierunkach. Doleciał w rejon Rzeszowa i tam odbił na zachód. Wszystkie strzałki nadal szalały. Paliwo się kończyło. Do tego dochodziły olbrzymie turbulencje. Stalowym ptakiem rzucało niemalże we wszystkie strony. Gdy wreszcie wylądowali w Pyrzowicach, jeden z pasażerów ucałował ziemię…

Ser szwajcarski
- Samolot jest statystycznie najbezpieczniejszy środkiem komunikacyjnym. Jedna usterka techniczna nie może zagrozić bezpieczeństwu lotu. Takich czynników musi się spiętrzyć naprawdę wiele. To jak plasterki sera szwajcarskiego. Tylko wtedy, gdy przez kilkanaście plasterków bez problemu przejdzie promień lasera, może dojść do katastrofy. Wszystkie sytuacje są przerabiane na symulatorach, które idealnie oddają warunki panujące w czasie lotu. Podczas ćwiczeń wprowadza się wszelkie możliwe awarie. Piętrzy się je jedną po drugiej. Piloci muszą sobie poradzić i …radzą sobie.
Oprócz tego co pół roku przechodzą badania w Instytucie Medycyny Lotniczej. Co trzy lata mają testy w komorze niskich ciśnień. Do komory wchodzi 12 osób. Zostają włączone pompy wysysające powietrze. Potem następuje szybki wyjazd na 5 tys. metrów. W warunkach rozrzedzonego powietrza trzeba przetrzymać pół godziny. Bywa, że ktoś omdleje. Podaje się mu maskę tlenową. I trwa się dalej. Jeśli ktoś nie przejdzie testów, już następnego dnia żegna się z lataniem.
Po wydarzeniach 11 września piloci przeszli też szkolenia antyterrorystyczne. Oczywiście nie uczyli się walki wręcz. Poznali możliwe zagrożenia i procedury działania. Dawniej w kabinie pilotów można było przyjąć jakiegoś pasjonata lotnictwa, pokazać mu co jak działa. Teraz od pasażerów odgradzają ich drzwi pancerne.

Pod opieką Loretty
Ryszard Jaworz-Dutka realizuje się nie tylko jako pilot linii komunikacyjnych. Jest też prezesem Polskiego Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego. PSLE założył Eugeniusz Pieniążek, który w 1971 r. na zbudowanym przez siebie samolocie Kukułka uciekł do Jugosławii. Stowarzyszenie opiekuje się inną maszyną powstałą z inicjatywy Pieniążka – latającą repliką przedwojennego samolotu RWD – 5 , wykorzystując ją do propagowania lotnictwa, choćby w czasie pokazów lotniczych. Sam prezes jest współwłaścicielem Tulaka – wędrowca. Lata w Aeroklubie Podhalańskim. Jest instruktorem. Na co dzień mieszka w Warszawie, ale w wolnej chwili przemieszkuje w Limanowej w domu na Dutkówce. Tu ma zamiar osiąść na emeryturze. Żona Loretta – jako nosicielka imienia patronki lotników, dzielnie opiekuje się mężem. Za Consuelą de Saint-Exupery mogłaby powiedzieć: „Być żoną pilota to zawód”. Syn Krzysztof latał na szybowcach, ale zdecydował, że nie pójdzie w ślady taty. Ukończył studia z zakresu gospodarki światowej oraz ekonomiki turystyki.

Nudnego lotu!
Kapitan opuszcza pokład samolotu. Jest na lotnisku w Chicago. Ma dobę na odpoczynek. Maszyną zajmuje się ekipa techniczna i sprzątająca. Za kilkadziesiąt minut B767 ruszy w drogę powrotną z nową załogą. W terminalu dostrzega małego chłopca, który w niemym zachwycie, z otwartą buzią przygląda się startującej maszynie. Przez twarz kapitana przebiega sentymentalny uśmiech. Po chwili mija kolegę pilota.
- Obyś miał nudny lot!
- Tyle lądowań ile startów!

Fot.: Kapitan Ryszard Jaworz-Dutka Fot. Krzysztof Jaworz
W swoim prywatnym samolocie Gemini. Fot. Zbigniew Sułkowski

Materiał archiwalny

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in