Stworzony do rozrywki

31.07.2010 15:11:01 JOMB 2 17565

Rozmowa z Grzegorzem Kupcem – realizatorem wizji TV

- Jakim byłeś chłopcem w dzieciństwie? Łobuzem czy grzecznym uczniem?
- Byliśmy paczką znajomych – ja, Włodek Sochacki, Andrzej Wrona, Robert Mól i zachowywaliśmy się chyba jak całkiem normalni chłopcy. Nikt nie stwierdził u nas ADHD, zresztą rodzice w jeden wieczór by nas z tego wyleczyli. Po wywiadówkach nieraz nas „leczyli” z wszelkich „przypadłości”.
- Marzyłeś wtedy o pracy w telewizji?
- W życiu! Chciałem być chirurgiem. A potem pojawiała się architektura. Jeździłem z Robertem Molem przez rok na lekcje rysunku do Krakowa. To w ogóle była pomyłka. Nigdy nie byłem dobry z przedmiotów ścisłych. Można powiedzieć, że byłem matołem matematycznym. Profesor Zboś i profesorka Szewczykowa załamywali nade mną ręce.
- A trafiłeś do telewizji.
- To był splot różnego rodzaju przypadków. Na architekturze poznałem człowieka, który znał redaktorów Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego z telewizyjnej Sondy. Trafiłem do programu. Zajmowałem się organizacją produkcji, czasem dźwiękiem. Zaproponowali mi stanowisko drugiego kierownika produkcji i… Byłem ostatnim człowiekiem, który widział Kurka i Kamińskiego żywych. Jedliśmy kolację w hotelu Forum w Krakowie. Rozstaliśmy się o 12. w nocy. Ja wyjechałem do Limanowej, a oni o 5. rano ruszyli na zdjęcia do Raciborza. Rano usłyszałem w radio, że zginęli w wypadku samochodowym. Nie mogłem w to uwierzyć. Równocześnie całe moje życie totalnie się zmieniło. Później wspólnie z Piotrkiem Trelą, synem Jerzego Treli, założyliśmy Dom Produkcyjny, Maszachaba Studio M. Produkowaliśmy programy dla TVP 2 - dla Niny Terentiew. Aż przyszedł moment, gdy chcieliśmy realizować się indywidualnie. W tym miejscu zaczyna się moja przygoda z TVN. Przez długi czas byłem w telewizji montażystą. Któregoś dnia wezwał mnie szef TVN, dał mi dwóch świetnych operatorów i razem z Andrzejem Sołtysikiem i Sandrą Walter wysłał jako realizatora do Cannes na festiwal filmowy.
- Tak na żywioł?
- Tak, wskoczyłem od razu. Sprzęt wtedy był jeszcze prymitywny, nie wiadomo było kiedy jest wejście, łączność spadała… To było straszne, ale równocześnie to był świetny poligon – przeżyłem wszystko co najgorszego mogło się w realizacji wydarzyć. Poradziłem sobie z tym na tyle, że po powrocie szef TVN Mariusz Walter wręczył nam dyplomy-podziękowania. Siłą rzeczy zacząłem realizować programy. Powiem szczerze, że to wszystko stało się w dobrym momencie. Akurat w „Telewizjerze” dostałem do montażu zdjęcia operacyjne policji z morderstwa szesnastoletniego chłopca, którego oprawca poćwiartował na kawałki. Jakoś tak jest, że człowiek trochę żyje życiem swoich bohaterów. Rzuciłem montaż bez żalu. Poważne, smutne programy interwencyjne są oczywiście potrzebne. Fundacja „Zielone drzwi” pani Bożeny Walter, dla której montowałem wiele programów o chorych ludziach, robi wiele dobrego. Miałem świadomość, że w jakimś stopniu przyczyniam się do tego. Tylko że ja jestem bardziej do rozrywki stworzony.
- Robienie programów rozrywkowych nie jest takie łatwe.
- Niestety moje pokolenie jest wychowane na „Chłopach”, „Siłaczce”, na wszystkim co smutne. Pracując z ludźmi z zachodu widzę, że oni mają zupełnie inne, proste myślenie o rozrywce. Przykładowo, robiłem program – „Narodowy test na prawo jazdy”. Andrzej Sołtysik z Ewą Drzyzgą mieli go prowadzić siedząc w samochodzie ufundowanym przez sponsora. Producentem był Holender - Rinke Rooyens. Jest próba i okazuje się, że prowadzących nie można dobrze doświetlić, nieładnie wyglądają. Holender mówi: źle wychodzi to odsyłamy samochód. Co powiedziałby polski producent? - dostaliśmy samochód to go wykorzystajmy. Ludzie z zachodu mają rozmach, którego nam brakuje. Oni potrafią podejmować decyzje błyskawicznie i bezkompromisowo. My nie mamy tej śmiałości i odwagi. W rozrywce zawsze kombinujemy, wymyślamy, szukamy jakiejś analogi, odwołujemy się do czegoś, co jest ważne dla Polaków. To nie jest dobra droga. Należy robić po prostu – ładnie, kolorowo i konsekwentnie. Tyle że ja mam komercję wyuczoną, u nich wypływa ona z serca.
- Styl Kuby Wojewódzkiego, to to co Ci najbardziej odpowiada?
- Tak, uwielbiam z nim pracować. To jest ten program, który najbardziej lubię robić. Inteligentna rozrywka bliska mojemu sercu. Kuba daje dużo swobody, sam jest niepowtarzalny, super inteligentny, a przy tym normalny. Skupia na sobie uwagę i wymaga szybkiej reakcji. W trakcie realizacji daje adrenalinę, muszę być cały czas w pogotowiu, bo jego reakcje są nieprzewidziane. A ważne są sekundy, bo jeśli jakaś reakcja nie zostanie ograna, to wypada z programu.
- Prywatnie Wojewódzki jest taki jak na ekranie?
- Prywatnie – nie. Chodzi w czapeczce bejsbolowej, jest skromny i dobrze wychowany. Jest fajnym człowiekiem i dużym profesjonalistą. W programie przyjął sobie taką rolę i chyba nikt mu nie dorówna. Z Markiem Koterskim Polsat próbował robić coś podobnego, ale kiedyś z nim pracowałem i wiem, że jest on całkowicie nie do okiełzania, to trudna współpraca.
- A jak Ci się pracuje z innymi?
- Ania Wesołowska jest przewspaniałą kobietą. Zawsze jak przyjeżdża do Krakowa, pokazuję jej nowo otwarte restauracje. Nie pochodzi z naszego środowiska telewizyjnego, jest czynnym sędzią, pracuje w Łodzi. Zaufała nam, a miała bardzo dużo do stracenia. Wizerunek Ani, jaki tworzy telewizja, jest przecież opiniotwórczy. Często po realizacjach jeździmy na wspólne kolacje. Okazuje się, że ekipa nie jest sobą zmęczona i to jest najbardziej miarodajne. Z Ewą Drzyzgą świetnie się współpracuje – genialna profesjonalistka, zawsze przed programem długo rozmawiamy o gościach. Każda sprawa jest inna i często wykracza poza scenariusz, dlatego przygotowujemy się na różne możliwości. Ewa ma fajne pomysły realizacyjne. Dorota Wellman ma genialny program – „Ten jeden dzień” - rozmowy z ludźmi, którym sekunda, godzina, dzień przewróciły życie do góry nogami. Jest bardzo naturalna, choć ma wcześniej przygotowane pytania. Zawsze zapowiada mi: ja nie wiem co zrobię w tym programie, bądź czujny. Kiedyś mieliśmy program o kobiecie, której mąż uprowadził dziecko i wyjechał za granicę. Widzę, że Dorota ma coś w ręce, więc jestem czujny. Oczywiście Dorota nigdy nie powie, że coś planuje, ale to dobrze, bo to wymaga ode mnie uwagi i koncentracji. Zaczynamy, pierwsze słowa Doroty: „słuchaj, tak wygląda mój syn” i pokazuje kobiecie zdjęcie. „A jak twój syn wygląda? Nie masz o tym pojęcia, prawda?” Pierwsze zdanie i już łzy. Przy Dorocie ludzie się otwierają.
- Generalnie idzie się w kierunku tego, żeby pokazać naturalizm?
- Naturalizm kontrolowany. Dawniej była taka moda, że prowadzący rozmawiał z gościem przed programem. Dziś się od tego całkiem odchodzi. Prowadzący i jego pytania mają być zaskoczeniem dla gościa. Generalnie chodzi o naturalizm, choć widzowie być może tego nie widzą. Rozmowy w większości programów są prawdziwe. Wyjątkiem są „Sędziowie” robieni zgodnie ze scenariuszem. Tam są pewne procedury, związane z kruczkami prawnymi, które muszą być zachowane. Ale w pozostałych programach emocje powstają, gdy prowadzący zaczyna rozmowę z gościem. Czasem ktoś pyta mnie, ile telewizja płaci tym, którzy występują u Ewy Drzyzgi. A to są osoby, które same przychodzą do programu, chcą po prostu opowiedzieć o sobie, chcą być wysłuchane, a Ewa ma tę umiejętność, takt i ciepło. Łzy, które tam płyną, są jak najbardziej naturalne. Inna rzecz, że telewizji właśnie na tym zależy, na pokazaniu emocji. Zwraca się więc uwagę na dłonie, nerwowe ruchy, gesty, bo przecież człowiek mówi całym ciałem. Najgorszy jest gość, który usiądzie i tylko mówi, nie ma body language.
- Sama realizacja to Twoje pomysły?
- Tak, pomysły realizacyjne są raczej moje. Ustalam z reżyserem, jak program powinien wyglądać, potem weryfikujemy to co na papierze. W tym temacie świetnie rozumiem się z moim krajanem, Sławkiem Czyrnkiem, który jest producentem. Za każdym razem, gdy zaczynam nowy talk show, obawiam się, czy znajdę patent na coś innego. Niedawno zaczęłam realizację nowego programu z Krzysztofem Materną. To na razie pilot, który ma wejść do produkcji od stycznia. Pracuję z reżyserem filmowym Tomkiem Drozdowiczem. To trochę ewenement a równocześnie ciekawe doświadczenie, bo film, telewizja i reklama to trzy różne światy. Przesiedzieliśmy kilka godzin nad kształtem tego programu i jak się okazało, powstała nowa jakość.
- Realizacja, rozrywka, to to co naprawdę Cię interesuje? A może planujesz zmiany?
- Jak zaczynałem pracować w telewizji, wydawało mi się, że wskoczyłem do bajki. Teraz po latach uważam, że to praca jak każda inna, ale lubię swoją pracę. Co innego mógłbym w życiu robić? Młotka nie trzymałem, nie potrafię się posługiwać śrubokrętem, gwoździa nie wbiję, na prądzie się nie znam, nie wiem jaki mam silnik pod klapą w samochodzie… Myślę jednak o pewnej zmianie. Trzeba zrobić krok do przodu. Ciągłe wyjazdy do Warszawy stają się męczące. Planuję z kilkoma osobami produkcję poważnego, współczesnego serialu obyczajowego dla TVN. Mam ambicje bycia producentem, ale bardziej wykonawczym – szefem realizacji.
- A nie myślałeś, żeby stanąć po drugiej stronie kamery?
- Nie, nigdy! Ja się do tego nie nadaję. Kiedyś, po produkcji jakiegoś filmu dokumentalnego, występowałem u Joli Fajkowskiej w Dwójce. To było straszne, takie występy mnie mrożą, spinam się. Mogę kreować, wymyślać ludziom wizerunki, ale sam nie mógłbym występować. Trema by mnie zjadła. Podziwiam prowadzących. Są niesamowici, prowadzą program, a równocześnie przez słuchawkę cały czas dostają od nas informacje: przejdź w lewo, popytaj jeszcze ludzi, musisz pociągnąć jeszcze pół minuty rozmowy do reklam. Świetnym prowadzącym jest Andrzej Sołtysik. Uwielbiam z nim pracować. Ma niesamowitą podzielność uwagi. Opowiadam mu przez słuchawkę kawały, on mnie słucha, a równocześnie mówi do ludzi. Gdy zamilknę, żąda: mów do mnie, bo jak nikt nie mówi, to mam wrażenie, że nikogo tam w realizacji nie ma.
- Często bywasz w rodzinnej Limanowej?
- Bardzo rzadko, częściej tata z żoną wpadają do mnie do Krakowa. Ale jestem tu dwa, trzy razy w roku. Większy kontakt ze starymi znajomymi mam przez „naszą klasę”. Teraz szykuje się realizacja w Berlinie, ale o tym jeszcze nie mogę mówić. To absurdalne, bo jestem domatorem, a wiecznie spędzam czas na walizkach, w rozjazdach, poza domem.

Grzegorz Kupiec – pochodzi z Limanowej, tu ukończył I LO. W 1987 r. zaczął przygodę z telewizją. Pracował przy programie TVP Sonda, współpracował z Beyond i Fundacją Maszachaba. Od 1996 r. pracuje w telewizji TVN. Jest realizatorem m.in. programów: „Kuba Wojewódzki”, „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Rozmowy w toku” z Ewą Drzyzgą, „W roli głównej” z Magdą Mołek, „Ten jeden dzień” z Dorotą Wellman. Realizował także m.in.: „Najsłabsze ogniwo” z Kaziemierą Szczuką, „Ananasy z mojej klasy” z Zygmuntem Chajzerem, „Drogę do Gwiazd” ze Zbigniewem Wodeckim, „We dwoje” z Piotrem Szwedesem, „Gorączkę złota” z Krzysztofem Ibiszem, „Wiktory 2007,”, „Metalmanię”.

Zdjęcia z archiwum Grzegorza Kupca

Materiał archiwalny

Znasz ciekawe osoby, o których z chęcią przeczytaliby inni? A może sam jesteś taką postacią?
Poinformuj nas o tym, pisz: jola@limanowa.in

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in