Sobota, 04 lipca
Odon, Malwina, Teodor, Elżbieta, Zygfryd, Aurelia

Lekarze złożyli przed sądem wyjaśnienia ws. śmierci bliźniąt

24.09.2015 12:00:44 PAN 10 10199

Limanowa. Troje lekarzy ze Szpitala Powiatowego w Limanowej, oskarżonych w sprawie przyjścia na świat martwych bliźniąt w maju 2012 roku, złożyło wczoraj wyjaśnienia przed sądem. Wszyscy odmówili odpowiedzi na pytania, nie przyznają się również do winy. Co ciekawe, zeznania jednego z medyków są sprzeczne z wersją zdarzeń pozostałej dwójki.

Wczoraj przed Sądem Rejonowym w Limanowej stanęła trójka lekarzy z limanowskiego szpitala. To ciąg dalszy procesu w głośnej sprawie przyjścia na świat martwych bliźniąt w maju 2012 roku. W sprawie zeznawała już pokrzywdzona kobieta oraz położne, które pełniły wtedy dyżur.

Przypomnijmy, że powołani do opracowania ekspertyzy biegli stwierdzili zaistnienie błędu lekarskiego. Jak wskazali: 'sytuacja położnicza pacjentki wskazywała konieczność ścisłego monitorowania postępu porodu i dobrostanu płodów poprzez przeprowadzenie kontrolnych badań ginekologicznych. W tym przypadku tych wymogów nie dopełniono, postępowanie było nieprawidłowe i nie stworzyło możliwości uchwycenia objawów ewentualnego niedotlenienia płodów, spowodowanego przedwczesnym odklejeniem się łożyska. Brak przeprowadzenia miarodajnego badania USG przez kompetentnego lekarza uniemożliwiło rozpoznanie objawów przedwczesnego odklejenia się łożyska, o ile miało wówczas miejsce. Przeprowadzenie porodu przedwczesnego w ciąży bliźniaczej bez zachowania warunków umożliwiających stałą kontrolę dobrostanu płodów, narażało zarówno matkę, jak i płody na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia'.

Lekarka Urszula D., która tamtej nocy pełniła dyżur, jest oskarżona o narażenie ciężarnej na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu za niewłaściwe wykonanie badań w trakcie ciąży oraz za o nieumyślne spowodowanie śmierci bliźniąt. Były ordynator oddziału ginekologii i położnictwa, oskarżony jest o to, że nie zapewnił odpowiedniej opieki medycznej pacjentce i w niewłaściwy sposób zorganizował pracę oddziału. Kolejny lekarz – ówczesny zastępca ordynatora – jest natomiast oskarżony o szereg zaniedbań, które naraziły 23-letnią ciężarną na groźbę utarty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Oskarżeni pojawili się na sali rozpraw w towarzystwie swoich obrońców. Lekarze nie przyznali się do zarzucanych im czynów, złożyli wyjaśnienia, ale odmówili odpowiedzi na pytania, poza tymi kierowanymi przez obronę.

Jako pierwszy wyjaśnienia składał ówczesny zastępca ordynatora. Z 30 na 31 maja w godzinach 15:00 - 17:00 pełnił on dyżur na oddziale ginekologii i położnictwa jako starszy dyżurny. Przed sądem mówił, że jak w każdą środę wykonywano kilka zabiegów ginekologicznych, dlatego jego praca polegała na opiece nad pacjentkami pooperacyjnymi oraz przyjmowaniu kolejnych kobiet na konsultacje. Podczas gdy on pracował na pierwszym piętrze budynku, lekarka Urszula D. pełniła dyżur na sali porodowej - z powodu remontu pacjentki znajdowały się nie na trzecim, a na piątym piętrze.

- Mój dyżur kończy się o godz. 7:00, dlatego przed codzienną odprawą zbieram informacje i sprawdzam stan pacjentek z oddziału ginekologii. Tak wygląda moje przygotowanie do odprawy lekarskiej. W przypadku pokrzywdzonej, o tym że przebywa ona na sali porodowej dowiedziałem się podczas raportu odczytywanego przez p. Urszulę D., która zaznaczyła że pacjentka przebywa na sali porodowej, jest nierodząca i z racji tego, że to ciąża bliźniacza, jest pacjentką „ku uwadze”. Pani doktor powiedziała też o wprowadzonych działaniach medycznych: standardowej kroplówce z magnezem, o podanym antybiotyku i oczywiście o podaniu pierwszej dawce sterydów, które podaje się na rozwój płuc u dzieci. Dostaliśmy też informacje, że jest to pacjentka leżąca, podłączona do zapisu KTG - mówił.

Jak ponadto tłumaczył, 23-letnia kobieta znajdowała się na „porodówce” ponieważ na oddziale patologii ciąży nie było już wolnych miejsc. Lekarz zaprzeczył, by został powiadomiony telefonicznie o problemach pacjentki, jak zeznała na wcześniejszym posiedzeniu sądu jedna z położnych. Odpowiadając na pytania swojego obrońcy, stwierdził że nigdy w swojej ponad 30-letniej praktyce lekarskiej nie spotkał się z przypadkiem, by u martwych dzieci - zmarłych w czasie akcji porodowej lub wcześniej, nawet przed paroma dniami - występowało stężenie pośmiertne. - To po prostu niemożliwe, nigdy się z czymś takim nie spotkałem - przekonywał.

Kolejna swoją wersję zdarzeń przedstawiła Urszula D. - Po raz pierwszy zetknęłam się z pacjentką pracując do południa w poradni. Wysłuchałam tętna obu płodów aparatem UDT, zbadałam ją chcąc się przekonać jaki jest jej stan położniczy. Spytałam pacjentki kiedy miała robione USG przez lekarza prowadzącego jej ciąże, okazało się że trzy dni wcześniej. Sprawdziłam ten fakt w dokumentacji, zobaczyłam wpis doktora który prowadził pacjentkę, ale niestety nie mogłam nic odczytać gdyż określam pismo tego doktora jako „hieroglify”. Kobieta powiedziała mi, że doktor podczas badania USG poinformował ją że z ciążą jest wszystko w porządku - mówiła lekarka, która po przepisaniu dwóch leków odesłała pacjentkę do domu.

23-letnia kobieta po północy gorzej się poczuła, dlatego udała się do Szpitala Powiatowego w Limanowej. - Po raz drugi z pacjentką zetknęłam się przy przyjęciu na oddział szpitala. Badanie odbywało się na bloku porodowym. Zaznaczam, że w tym czasie ze względu na remont pacjentki były przyjmowane na piątym piętrze. Przy przyjęciu, położna zawiadomiła mnie że wszystkie miejsca na oddziale patologii ciąży są już zajęte - mówiła. - Pracowałam do godz. 7:00, ponieważ musiałam przed raportem przygotować się, spisując wszystkie pacjentki przyjęte w tym dniu i w nocy na oddział patologii ciąży oraz pacjentki rodzące, mogę więc powiedzieć że raport był obszerny i długi. Wiedząc o tym, że gdyby coś się działo położne zgłoszą ten fakt, oraz widząc nowych kolegów z porannej zmiany, spokojnie skończyłam raport i udałam się na pierwsze piętro w celu odczytania go. Zaznaczyłam wtedy, że jest to pacjentka „ku uwadze”, ale pozostawiłam ją pod kroplówką i zapisem KTG na jednej z sal bloku porodowego ze względu na brak miejsca na oddziale. Moja praca zakończyła się o godz. 7:00 - zeznawała. - Gdy opuszczałam szpital z pacjentką nie działo się nic złego. Była to pacjentka nierodząca, miała włączone leczenie w celu zabezpieczenia jej i jej dzieci. Oglądałam zapisy KTG, nie były wzorcowe w sensie takim, że dotyczyły dzieci w 32. tygodniu ciąży i z mojego doświadczenia wiem, że tego typu zapisy na tym etapie ciąży często występują. Oczywiście po jakimś czasie trzeba je sprawdzić, ale nie będą nigdy takie jak zapisy dzieci „donoszonych”. Na pewno nie było wskazań do cesarskiego cięcia czy innej interwencji - dodała oskarżona.

Ówczesny ordynator oddziału wyjaśnienia rozpoczął od przedstawienia swojej 27-letniej praktyki lekarskiej, a także zmian jakie po objęciu stanowiska ordynatora w 2007 roku wprowadził na oddziale. Jak mówił, zastał go w „stanie rozkładu” i podjął działania które miały na celu jego odbudowę. Skutkowało to m. in. uzyskaniem przez oddział drugiego stopnia referencyjności. Następnie rozpoczął relacjonowanie przebiegu zdarzeń których był uczestnikiem rankiem 31 maja 2012 roku. Ordynator pojawił się w pracy o godz. 7:00, pół godziny później miało miejsce raportowanie lekarzy którzy mieli nocny dyżur. W tym czasie kazał lekarzowi prowadzącemu ciąże pacjentki zbadać ją. Później udał się na zebranie ordynatorów szpitala. Po pewnym czasie zadzwonił do niego lekarz prowadzący i poprosił, by natychmiast przyszedł na salę, w której znajdowała się 23-letnia kobieta.

- Podejrzewając odklejenie się łożyska zakwalifikowałem pacjentkę do natychmiastowego cięcia cesarskiego, zdejmując ze stołu inną kobietę, która miała mieć planowe cięcie. Zabieg przeprowadzili dwaj inni lekarze. Lekarz prowadzący ciążę powiedział mi, że dzieci wydobył w stężeniu pośmiertnym - mówił na sali rozpraw były ordynator, wspominając również o zauważalnych zmianach w organizmie pacjentki. - Bezpośrednio po zdarzeniu wydawało mi się, że dzieci zmarły już w nocy, a drugi - poranny zapis KTG był zapisem matki. Tak też zeznałem policji. Później, gdy zapoznałem się z opinią biegłych i zapisami KTG, okazało się że poranny zapis dotyczył tylko jednego płodu. Zapytałem też neonatologa jak to było ze stężeniem pośmiertnym i dowiedziałem się, że wystąpiło u jednego z dzieci, o zwiększonym napięciu mięśniowym u jednego płodu mówił też patomorfolog który wykonywał sekcję - relacjonował. - Gdy zobaczyłem pierwszy zapis KTG wykonywany pomiędzy 1:40 a 2:20 byłem bardzo zaskoczony. Nie był to niestety zapis prawidłowy. Może się on zdarzyć w 32. tygodniu ciąży, może wystąpić też po podaniu wspomnianych sterydów, ale przede wszystkim może wskazywać na niewydolność łożyska. Biorąc to pod uwagę, nie było warunków do czekania z rozwiązaniem. Lekarz na sali porodowej powinien poprosić starszego dyżurnego o konsultację, należało też wykonać cięcie cesarskie. Ze względu na to, że ciało jednego z dzieci było w stężeniu pośmiertnym należy przyjąć, że jego zgon nastąpił pomiędzy pierwszym a drugim zapisem KTG, ponieważ stężenie pośmiertne zaczyna występować u każdego zmarłego po około sześciu godzinach - tłumaczył medyk. - W czasie podłączania urządzenia do drugiego zapisu położne miały problem ze znalezieniem tętna, ponieważ w mojej ocenie płód już nie żył z powodu odklejenia się łożyska.

Po wysłuchaniu wyjaśnień trójki oskarżonych sąd poinformował, że kolejne posiedzenie odbędzie się dopiero po uzyskaniu uzupełniającej opinii, którą mają opracować biegli z Wrocławia.

Do sprawy powrócimy.

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in