Piątek, 20 września
Filipina, Eustachy, Euzebia, Faustyna, Renata

Wakacje z psem - Rumunia w 4 osoby i 6 psów

30.09.2016 11:05:20 Skylos 0 4013

Sobota 10.09.2016… 18:00… jesteśmy po XXV Jubileuszowa Klubowa Wystawa Szpiców i Psów Ras Pierwotnych, naładowani dobrą energią z sukcesów naszych psów (…) ruszamy w podróż do domu, by (…) ruszyć do Rumunii zwanej dziką krainą…

Pełna fotorelacja: https://www.facebook.com/Skylospl/photos/?tab=album&album_id=1039701996148872

Sobota 10.09.2016… 18:00… jesteśmy po XXV Jubileuszowa Klubowa Wystawa Szpiców i Psów Ras Pierwotnych, naładowani dobrą energią z sukcesów naszych psów (Beyla 3 BIS wystawy, Baron ukończył championat, a w dodatku przyszły wyniki badań stawów – HD – A, ED 0,0) ruszamy w podróż do domu, by się przepakować i ruszyć do Rumunii zwanej dziką krainą (wcześniej w planach była Chorwacja, ale po zapoznaniu się z cenami w tamtym rejonie i artykule na Aktywni z psami – zmieniliśmy zdanie ;) ).


Dzwonimy do Kasia i Marcina, że wyjeżdżamy (mieliśmy spotkać się w trasie), ale informują nas, że są w proszku i mamy spotkać się u nas - ok, będziemy mieli więcej czasu na przepakowanie po wystawie. Do tej pory wszystko pięknie się układa, prawda? Ale tak bezproblemowo u nas nigdy być nie może. Po drodze mieliśmy odebrać od Jacka (właściciela boksera – Lucka) boks dachowy - Jacku, dziękujemy! Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że belki od boksa nie pasują do naszego auta… dzwonimy więc do Kasi i po krótkiej rozmowie wychodzi na to, że ich belki będą pasować. Nic bardziej mylnego! Jak dojeżdżają, to naszym oczom ukazują się takie same belki jak nasze… ;) Korzystając z gościnności Jacka szukamy jakiejkolwiek innej opcji, co niestety nie udaje się (może dlatego, że była już północ)… Zbici z tropu jedziemy do Limanowej… a tam okazuje się, że w naszym garażu leżą belki Darek Bielak – na naszego Volkswagena da się je rozstawić, nawet mają rynnę na wsuwki – będą idealne! Jesteśmy uratowani…. Chyba? :)
Kolejnego dnia planowaliśmy wstać o 6 rano, a koło 8-9 już być w drodze. Psy nam ogarniała Aneta Dżu (DZIĘKIII) (a po niej Aneta Biedroń - też DZIĘKI!!), co pozwoliło nam zaoszczędzić sporo czasu. Ale my, jak to my, po wrażeniach dnia poprzedniego wstaliśmy z opóźnieniem, do tego pakowanie nasze było też w proszku, Marcin śmignął z belką po boksa i jakoś upchał go do swojej Mazdy składając tylne fotele i fotel pasażera :D. Wrócił w sam raz na nasze zakończenie pakowania, potem wszystko jakoś upchnęliśmy do samochodu, następnie weszła nasza czwórka i wszystkie nasze psy – Kasi i Marcina Wasylek, którego adoptowali od nas z DAR SERCA Fundacja Dla Zwierząt, Fairy, którą mamy z Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Nowym Sączu, Baron, Beyla, Buzzy i 16 letni senior Dżeki. 3 fotele z auta zostawiliśmy w domu, więc z przodu jechały 2 osoby i jeden pies, zamiast środkowego fotela z tyłu było legowisko – „bunkier” :D dla kolejnego psa (chociaż po drodze psiaki pokazały, że nawet we trójkę tam dadzą radę jechać…) i reszta w bagażniku. Co jakiś czas wprowadzaliśmy rotację ;). Część bagaży załadowaliśmy do boksa dachowego, a część stanowiła podwyższoną podłogę psiej kabiny podróżnej ;).
13:30 czasu polskiego wyruszyliśmy finalnie w drogę. Przez Koszyce, Miszkolc, Budapeszt jechaliśmy do Timișoara – pierwszego celu naszej podróży. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy. Na Słowacji chcieliśmy ominąć autostrady, lecz przez wzgląd na mnogość objazdów przypadkowo na nie trafiamy i kupujemy winietę z lekkim opóźnieniem. Na Węgrzech nie jest lepiej – zakupu dokonujemy zjeżdżając z autostrady ;).
Pierwsze zaskoczenie – Rumunia jeszcze ma kontrole graniczne, o czym kompletnie zapomnieliśmy. Węgierscy celnicy świetnie mówią po angielsku, o psie paszporty nawet nie pytali, ruszamy dalej. Nagle słyszymy tylko głośny krzyk i celnicy nas zatrzymują – no przecież kontrole graniczne są… dwie. O rumuńskiej zapomnieliśmy. Jak to zwykle bywa, celnik myślał, że powtarzane coraz wolniej i głośniej „kuda?” łatwiej uda nam się zrozumieć. Może i w tym szaleństwie jest metoda, bo w końcu domyśliliśmy się, że „kuda, Kuda, KUDA, KU-DA!” może oznaczać „gdzie” ;). Po usłyszeniu „Romania”, celnik puścił nas dalej. Po przekroczeniu granicy wjeżdżamy na drogę wielopasmową, szeroką, bez ani jednej linii namalowanej – wybierz Panie gdzie jest pas ;). Do Timisoary dojeżdżamy w godzinach nocnych, a pierwszym naszym celem jest… McDonald's. Wygłodniali koniecznie chcieliśmy zjeść coś ciepłego i szybkiego, a w sumie McD jest naszą tradycją wyjazdową – taki dzień dziecka ;). Tam udało nam się dogadać z obsługą po angielsku, bardzo szybko załapali „Cheeseburger without meat”, aż w szoku byliśmy, bo w Polsce mają z tym nie lada problem (tak się nie da!). Ale tak kolorowo być nie mogło, po rozpakowaniu paczuszki okazało się, że chłopak, który nas obsługiwał, wcale nie zrozumiał o co nam chodzi, „Cheeseburger without hamburger” też nie pomogło, ale w końcu poprosił kogoś o tłumaczenie i udało się sprawę załatwić.
Timisoara to bardzo ładne miasteczko, z okien samochodu podziwialiśmy cuda architektury, potem zabraliśmy psiaki na spacer po tamtejszym bardzo ładnym parku. Po krótkim obchodzie ładujemy się z powrotem do samochodu i ruszamy na południe w stronę wioski Potoc Dość szybko jednak straciliśmy siły do dalszej jazdy i pod Jeblem znaleźliśmy w polach idealne miejsce na nocleg w samochodzie. Po długiej nocy (sen od 5 do 7 rano ;) ) zbieramy się do ogarnięcia psiaków, zjedzenia śniadanka i poleżenia w trawce, a następnie ruszamy dalej.
Celem na drugi dzień jest park narodowy Cheile Nerei, a w nim jeziorko Lacul Ochiul Beiului. Na miejsce docieramy drogami, które nieraz przemieniają się z asfaltowych w wyboiste dziury bitej ziemi, by dalej była płaska nawierzchnia – taki urok, co zrobić, trzeba uważnie na drogę patrzeć. Po drodze uderza w nas to, jak bardzo rozwarstwione jest społeczeństwo –super bogate domy, malowane na złoto dachy i ogrodzenia obok nędznych, rozpadających się chatek, ciężko zauważyć coś „pomiędzy”, albo bogactwo, albo nędza. W drodze na parking przy parku narodowym, podziwiamy górskie widoki, liczymy, że trasa zafunduje nam coś podobnego. W końcu podjeżdżamy do drogi nad jezioro, dalej zakaz wjazdu, tabliczka informująca, że do jeziorka 6,4km (trasa wyglądała tak: http://www.navime.pl/trasa/1151963/Trasa+z+dnia+2016-09-12+12%3A52). Wcześniej jechaliśmy widząc wszędzie góry i takiej trasy się spodziewając, było to jednak mylne wrażenie, cały czas szliśmy szeroką, bitą drogą, a w jedną i drugą stronę mijały nas samochody. Na trasie był śliczny wodospad z lazurową wodą, psiaki uczyły się chodzić po skałach, po których musiały zejść, by tam dojść. Zgodnie z zaleceniami, podawaliśmy im tylko wodę z butelek, a z rzeczki niet. W końcu ośmieleni czystością potoku i okolicy wokół – ugięliśmy się ku radości psów, które ochoczo wskoczyły do wody. W dalszej części podróży stosowaliśmy jednak nadal zasadę ograniczonego zaufania co do czystości cieków wodnych i nosiliśmy dużo wody pitnej dla naszych pupili. Mimo, że gór nie widać, to gra światła i kolorów na całej trasie wynagradza nam to w zupełności. Po dojściu do celu Michał topi telefon w rzeczce… (Samsung Polska powiedz, że i9505 jak się podniósł to nie padnie - ryżową kurację zaliczył ;) ), robimy foty i śmigamy w drogę powrotną. Niestety dookoła za bardzo nie da się tego obejść bez dokładania kilometrów (a z nami 16 letni Dżeki i Buzzy – krowa kanapowa;) ), więc musimy iść tą samą trasą. Pod koniec drogi wraz z koniecznością niesienia Dżekiego, dopada nas deszcz. Staramy się dotrzeć do samochodu jak najszybciej, powycierać psy i ruszać dalej. Cornivilor czeka.
Do Hundeoary docieramy późnym wieczorem. Szukamy na mapie jakiegoś jeziorka, co udało się bez problemu. Problem pojawił się jak chcieliśmy się nad nim przespać – albo drogi były zaśmiecone totalnie, albo nie było możliwości spania nad nim. Ostatecznie po dobrej godzinie szukania znaleźliśmy wzgórze, na którym mogliśmy rozbić się z namiotem, z widokiem na jeziorko Lacul Cincis, co rano wynagrodziło nam wszelkie trudy, i jak się okazało, nie byliśmy jedynymi z takim pomysłem. Niestety ze szczytu pogoniła nas burza i śniadanie musieliśmy jeść już w samochodzie ;). Rano zjechaliśmy do Hunedoary, obejrzeliśmy zamek Castelul Corvinilor-Huniazilor z zewnątrz (naprawdę robi wrażenie!) i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Na ten dzień w planach mieliśmy przejazd trasą Transalpina DN 67C i dostanie się do Bukaresztu. Na drogę 67C wjechaliśmy od strony Sebes. Z początku trasa nie była zachwycająca, ale z każdym zakrętem w górę robiło się coraz ciekawiej. Wokół mnóstwo przestrzeni, stada owiec, majestatyczne, dzikie góry, piękne panoramy i… sporo błąkających się psów, które trzymają się od nas z daleka, dziwi nas tylko, że zawędrowały aż tak wysoko. Na szczycie trasy zatrzymujemy się wybiegać nasze psiaki i porobić trochę zdjęć. Spotykamy Polaka, który od miesiąca podróżuje po Rumunii, polecił nam kilka miejsc, za co dziękujemy. Zjazd jest równie emocjonujący co jazda w górę, ciągle mamy otwarte okna, by wszystko dokładniej widzieć naszymi i naszych aparatów oczami ;). Transalpina spodobała nam się też przez to, że nie ma tam przesadnej komercji, wszystko jest spokojne, niemalże dziewicze, o widokach nie wspominam już kolejny raz… ;).
Dalej kierujemy się na Bukareszt. Ze względu na późną porę postanawiamy jednak w okolicach Pitesti odbić odrobinę na północ, przespać się tym razem na kempingu, by z nowymi siłami zwiedzać stolicę i jechać dalej. Kemping Comarnic Dragos w Burlusi, na który trafiliśmy był mały i spokojny, strzegło go dookoła kilkanaście uwiązanych na długaśnych łańcuchach psów, które do późna dyskutowały z naszymi. Za całą ekipę zapłaciliśmy 50 lei (czyli około 50zł), za bungalow chcieli 60 lei od pary. Namiot rozstawiliśmy pomiędzy bungalowami, tuż przy drzewach i hamaku, co pozwoliło nam na solidny odpoczynek – wszystko pod ręką, nawet kran z wodą. Toalety i prysznice łatwo dostępne, wygodne i schludne :). Bardzo polecamy. Rano sąsiedzi tylko dziwnie patrzyli jak do auta wchodzi jeden, drugi, trzeci… i w końcu szósty pies ;). Do celu docieramy koło południa, objeżdżamy Parlament i udajemy się do jednego z największych parków miejskich w Europie - Park Herăstrău. Było tam niezwykle czysto, a na każdym rogu czaiła się budka z ochroną – z tego co zauważyliśmy – ochroniarze bez problemu rozmawiają po angielsku. Widzieliśmy również jak upominają ludzi spacerujących z psami bez smyczy a nam dostało się upomnienie za zatrzymanie się z psami przy dziecięcej karuzeli (bardzo pilnują by strefa dla dzieci była strefą wolną od psów – co według nas jest w porządku).
Obchód wokół jeziora, które jest w tym parku, zajmuje nam sporo czasu, dopiero późnym popołudniem udaje nam się ruszyć w dalszą podróż, słuchając audiobooka „Dracula”. Park bardzo ładny, spotkaliśmy kilku Polaków. Tym razem jedziemy nad morze. Tam nie spodziewamy się tylu problemów ze znalezieniem noclegu… w Konstancy, Mangali nic. Wszystko pozamykane albo nie przyjmują ludzi z psami. Jest już noc. W końcu po dłuższym czasie docieramy do kempingu camping 2 mai, gdzie starszy Pan, mówiący po angielsku, ale nie wyglądający na osobę z obsługi, mówi, żebyśmy się rozbili, że z psami „everything ok” i mamy rano załatwić formalności, a on nam daje klucz do pryszniców. Tutaj już zarówno prysznice jak i toalety znacznie gorsze, ale wszystko blisko, jest nawet ogólnodostępna lodówka. Wewnątrz straszy mały czarny kotek ;). Rozbijamy się jakieś 60m od plaży, a rano po śniadaniu idziemy załatwić formalności. Za 4 osoby i namiot płacimy 100 lei… ale… udaje nam się wynająć w tej samej cenie domek z łóżkami dla 3 osób. W losowaniu łoża wygrywa Kasia z Marcinem (buuu :() i to oni śpią na łóżku małżeńskim, a my musimy zadowolić się dmuchanym materacem (łóżko jednoosobowe było zdecydowanie za wąskie). Pokój elegancki, przestronny, łazienka okej, czysto, super taras z bajecznym widokiem:). Ten dzień spędzamy bawiąc się w wodzie z psiakami, oglądając ich zdziwione pyski jak zalewają je fale i wieczorem oblewając wystawowe sukcesy wygranym szampanem przy planszówkach. Tego dnia obiad jemy bez psów – zostawiamy je w domku i tuptamy do nadmorskiej restauracji. Menu po rumuńsku nie ułatwia sprawy, ale kelnerka podaje nam hasło do WiFi i Google Grafika pomaga nam zrozumieć co też możemy tam zjeść. Przez cały pobyt na plaży ludzie robią sobie zdjęcia z naszymi psiakami w tle – powinniśmy pobierać opłaty ;).
Kolejnego dnia Pani poprosiła nas o opuszczenie domku godzinę wcześniej bo musi posprzątać (czyżby zauważyła, że dogs… oznacza aż 6 psów?:D). Wstając o wschodzie słońca zobaczyliśmy Fairy siedzącą na łóżku i oglądającą spektakl przez obszerne okno - romantyczka ;). Mamy nadzieję, że zrobiliśmy właścicielce miłą niespodziankę tym, iż domek pozostał naprawdę czysty. Po zdaniu kluczy śmigamy na plażę i spędzamy tam prawie cały dzień. Mimo wysokiej temperatury smagani wiatrem musimy się zebrać, bo wiatr robi się coraz zimniejszy, nawet psy nie dyszą z gorąca… Zbieramy się do Konstancy na obiad – tu historia z Wifi się powtarza - i ruszamy w dalszą drogę do Braszowa. Tam znów dojeżdżamy późno, szukamy noclegu pod chmurką. Po dłuższych poszukiwaniach udaje nam się znaleźć całkiem fajnie osłonięte miejsce, problem jest tylko taki, iż podobno są tam niedźwiedzie w dużej ilości. Psy nie bardzo chcą spacerować daleko od auta, co tym bardziej daje nam do myślenia, ale ostatecznie trochę zastawiamy się samochodem i postanawiamy rozbić namiot. Marcin próbując wbić szpilki od stake-outu zamiast śledzi rozbił młotek tak, że kawałek oparzył mu rękę, a przyczyna wyjaśniła się rano. Rozbiliśmy się w miejscu gdzie ciężarówkami zwożą gruz i pod cienką warstwą trawy zapewne natrafiliśmy na beton. O poranku podziwiamy widoki na niesamowity kontrast – z jednej strony wielkich równin, a z drugiej potężnych gór. Szybko się ogarniamy, w międzyczasie drogą jedzie kilka aut, pasterz wyprowadza owce, podlatują psy pasterskie, które na widok Asi „palca Boga” szybciutko zawracają, ogarniamy się i ruszamy na garnizon górujący nad miastem – Cetatuia de pe straja - skąd rozciąga się widok na całe miasto. Jest naprawdę pięknie. Potem zwiedzamy starówkę, gdzie znów nasze psy świecą w blasku fleszy niczym gwiazdy ;).
Dalej ruszamy przez Bran (gdzie z samochodu oglądamy zamek Drakuli) na Transfagarasan România. Już droga prowadząca do Curtea de Arges (73C) jest malownicza, a co dopiero jazda tą słynną już trasą, uznaną przez Top Gear za jedną z najciekawszych na świecie. Czytaliśmy, że odbywają się tam zawody kolarskie, ale nawet nie sprawdzamy kiedy, bo przecież na nie nie trafimy. Jak bardzo się mylimy okazuje się, jak dojeżdżamy do „właściwego” początku trasy, pod jakimś zamczyskiem. Korek jak diabli, aut od groma i tylko na dachach samochodów widać coraz to lepsze rowery. A jednak musieliśmy trafić. Po około godzinie udaje nam się ruszyć dalej, momentami policja jeszcze nas popędza, byśmy szybciej jechali, widokami się nie napawali ;). A był z tym też inny problem – zaczęły się problemy z turbiną… na następną wycieczkę musimy chyba poprosić Volkswagena, by nam zasponsorował przygotowanie naszego pełnoletniego dziadka do takiej podróży ;). Droga naprawdę robi wrażenie – patrzymy kilkadziesiąt jak nie lepiej metrów wzwyż, wzdłuż skał poprowadzona jest wyższa część, a jak wyjedzie się wyżej to… jak ktoś ma lęk wysokości – lepiej, by tam nie jechał. Nad trasą góruje Prometeusz. Około 18 docieramy do Piscu Negru gdzie postanawiamy spać. Miły starszy Pan z Cota Cabana 1200 pyta nas czy „cazare” – my chcemy, więc postanawia od razu zabrać nas do ładnego, dwupokojowego mieszkanka. Trochę jednak stopujemy jego zamiary i pytamy o „dogs”, czego kompletnie nie mógł zrozumieć. W końcu zapytaliśmy „animales?” Co udało się zrozumieć i Pan zaprowadził nas do pokoju u nieco gorszym standardzie, ale z dwoma łóżkami, łazienką i bez krętych schodów – byliśmy zadowoleni… nie zrozumiał tylko, że psów jest aż sześć ;). Rano się z tego śmiał, ale jak oddawaliśmy klucz nie był zadowolony – pewnie spodziewał się, że z pokoju nic nie zostało ;). Jak zwykle dołożyliśmy starań, aby pozostał po nas porządek.
Z samego rana wyruszamy w góry, Dżekiego i Buzza zostawiając w pokoju, naszym celem jest szczyt Lespezi (2522m n.p.m.). Podejście od razu daje nam się we znaki, ale w sumie jakie może być, jak start jest poniżej 1200m ;), a droga na szczyt to ledwo 5km. Powyżej linii drzew Kasia z Marcinem postanawiają wrócić ze względu na kontuzję, my ruszamy dalej. Michał prowadził Fairy, Joanna Beylę i Barona. W plecaku od groma wody, statyw, elektronika, banany… było ciężko. Po drodze trafiały się miejsca z dużą ekspozycją i niesamowitymi widokami. Do tego doszło zachmurzenie, co działało dodatkowo na wyobraźnię przez grę światła i co chwilę odsłaniane inne rejony gór. Trasa zajmuje nam wiele godzin, ale jest tak cudna, że co chwilę „ściągnąć plecak, wyjąć statyw, zrobić zdjęcia, zrobić zdjęcia, zrobić zdjęcia, schować statyw, założyć plecak, iść”. Ze szczytu niestety za wiele zobaczyć nie mogliśmy ze względu na chmury, w które weszliśmy, ale po zejściu trochę niżej góry pokazały nam się z kolejnej, pięknej perspektywy. Fairy przy każdym nowym krajobrazie musiała usiąść i go kontemplować, zupełnie jakby też napawała się tym pięknem jak i my. W drodze powrotnej trafiliśmy na poważniejsze trudności – trasa wiodła kawałek przez skały, na które musieliśmy się wspiąć, potem po podobnych zejść, przejść wąską granią z przepaściami w obie strony, a także wąską półką – adrenaliny więc nie brakowało. Zejście prowadziło przez dolinę, było długie i żmudne, momentami prowadziło przez skały, jednak większość to trawa z licznymi dziurami i mniejsze kamienie. Końcówka wiodła przez las, gdzie prowadziła nas Fairy, gdyż nie wszędzie byliśmy pewni jak iść – dziewczyna idealnie zapamiętała drogę, nawet wiedziała, z której strony drzewa szliśmy wcześniej ;). Po powrocie mamy czas na szybki prysznic i kolejna część trasy przed nami – zdajemy klucze wcześniej niż było ustalone, by przejechać ją przed zmrokiem. Szlak był bardzo ciekawy, jednak należy pamiętać, że są tam ostre skały – nasze psy mają kamienie na co dzień, ale psiak, który biega głównie po trawie i innych miękkich nawierzchniach może sobie zetrzeć poduszki – warto mieć to na uwadze ;). Ślad GPS: http://www.navime.pl/trasa/1149215/Trasa+z+dnia+2016-09-18+14%3A56
Z Piscu Negru ruszamy w stronę Turdy, kończąc trasę Transfagaraską, która pnie się bardzo wysoko. Na szczycie jednak jest już, w przeciwieństwie do Transalpiny, pełno budek z pamiątkami, olbrzymi ruch – ogólnie straszny gwar i tłok jak na Krupówkach, co trochę zabija ducha miejsca. Niesamowitym przeskokiem jest przejazd przez znajdujący się u samej góry tunel – z jednej strony piękne, skąpane w słońcu widoku… a za tunelem wita nas gęsta mgła wołając jakby – witamy w chmurach ;).
W okolice Turdy docieramy ponownie późną nocą. Postanawiamy nocować przy wąwozie Cheile Turzii, gdzie zostawiamy jedną z naszych ulubionych smyczy :(. Przez noc lokalny szczeniak wskoczył nam na maskę i wszystkie drzwi chcąc sprawdzić co jest w środku (spaliśmy tym razem w aucie). Psy w Rumunii to jest w ogóle ciekawy temat – wszystkie błąkające się psy, niezależnie od rozmiaru, wyglądu, czegokolwiek – nie wykazują cienia agresji ani do ludzi, ani do psów. Pojedyncze osobniki potrafiły podejść do naszych psiaków i bez problemu się z nimi zapoznać, nie było ani jednej negatywnej sytuacji, raz jeden jedyny terierowaty psiak nie mógł nadążyć za aktywnością Fairy i strasznie go to irytowało ;). Wracając jednak do Turdy – ostatni dzień to był dzień dla ludzi – parami zwiedzaliśmy kopalnię soli Salina Turda – ładne miejsce, chociaż mocno zepsute komercją – na dole stoły bilardowe, kręgielnia, diabelski młyn… to zdecydowanie nie to czego szukamy ;).
Wracamy przez Oradeę, Miszkolc, Koszyce. W Oradei robimy zakupy za ostatnie 16 lei jakie nam zostało, na Węgrzech wydajemy ostatnie 2900 forintów na paliwo, a na Słowacji ostatnie 11 euro i tym sposobem docieramy do domu ;).
Zakończyła się nasza podróż. Rumunia skradła nasze serca, na pewno będziemy chcieli tam wrócić. Fogarasze i 2 Mai to miejsca, które koniecznie chcemy odwiedzić ponownie, Fogarasze szczególnie – miejsce tak piękne i dostępne dla psio-ludzkich łap, że chcemy je zwiedzić zdecydowanie dogłębniej. Te kilka dni to było zdecydowanie za mało, by móc powiedzieć, że poznało się Rumunię – to kraj, w którym trzeba spędzić przynajmniej miesiąc. Dlatego niech czeka na nasz powrót cierpliwie ;). Z psami nie ma tam większych problemów, z noclegami bywa różnie. Psy pasterskie raczej trzymają się swoich i tylko pilnują, by się zanadto nie zbliżać. Ze strony błąkających się – nie napotkacie problemów. Niedźwiedzi… nie spotkaliśmy ;).
Polecamy ten kraj wszystkim, których nie interesują wielkie kurorty. Po angielsku dogadacie się prawie wszędzie, a jak nie to włoski lub hiszpański Wam pomoże ;).

GEEK INFO

Filmy nagrywaliśmy kamerą Redleaf RD990 i Nikon AW130. Jaka jest ich jakość – niedługo zobaczycie na zmontowanym filmie.
Do zdjęć wykorzystywaliśmy tylko Nikona AW130, do tego statyw @Velbon EF-61 – z nim mieliśmy problemy z robieniem panoram – czasem aparat się gubił, ale to pewnie kwestia tego, że używaliśmy go pierwszy raz. Zdjęcia pozostawiły trochę do życzenia, ale nie wiemy czy to kwestia braku umiejętności ustawienia odpowiednich opcji czy aparatu.
W góry maszerowaliśmy w butach inov-8 All Terrain Running – roclite 265 i 312. Obie pary zajechane (rozwalona cholewka, starte podeszwy), ale mimo wszystko dały radę i dbały o przyczepność prawie na każdym kroku.
Plecak nieśliśmy firmy The North Face – 40l, jaki model – nie pamiętam, ale wygodny, szczególnie z taką ilością bagażu.
Jechaliśmy Volkswagenem Sharanem 1.9tdi z 1998 roku. Spisał się dzielnie, a mnogość schowków pozwoliła nam zrobić dostatecznie dużo miejsca dla psów.
Atrakcje turystyczne pokazywała nam aplikacja Locus Map z ich mapkami. Nie licząc Fogaraszy – bezbłędna. W Fogaraszach szlaki się w większości zgadzają, niektóre miejsca sprawiają trudność – ale ciężko, aby nie, skoro nawet oznaczenia na szlaku nieraz są błędne ;).
Po drogach prowadziła nas aplikacja HereDrive – też dała radę, chociaż pod kopalnię soli musieliśmy jechać za znakami ;).
Na dachu wieźliśmy boks Interpack – dwustronne otwieranie, łatwy montaż – czego chcieć więcej? Ano większego modelu, ale ten też dał radę. My kupując boks dla siebie będziemy szukać czegoś większego, bardziej pojemnego, ale jednak z podobnym systemem zamykania.
Po górach nagrywał nam trasy Samsung Galaxy S4, jak już się włączył po jego utopieniu. Sygnał satelit łapie w momencie ;). Wg Samsunga Lespezi ma 2560m – jest więc i tak bliżej niż odczyt z map ;).
Do nagrania tras użyliśmy Navime - portal ludzi aktywnych. Na stronie jedyny mankament jest taki, że podał błędne odczyty wysokości z map (Lespezi ma 2522m, natomiast wg mapy navime jest to 2474. Na stronie też brakuje ustawionej szerokości i niestety w Firefoxie trzeba statystyki oglądać po edycji stylu w nakładce, więc jest to bardziej skomplikowane ;).
Szelki psów: 3RD-POLE – fajne sztywne szelki, łatwo zdjąć i założyć, nasze psy w nich lepiej ciągną. Oprócz tego mieliśmy szelki Bastera, które też są super, a w zapasie były też guardy z Manmata. Z żadnymi nie było najmniejszych problemów. Linki amortyzowane z ZeroDC też świetnie się spisały, żadna nie puściła.
ManMat to też firma, z której mieliśmy szpilki do stake-outu – młotek się na nich obłupał, więc raczej są solidne ;).

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in