Czwartek, 27 lutego
Gabriel, Anastazja, Julian, Liwia, Leonard

Bezkarność i bezradność

08.11.2009 17:03:06 top 6 6084

Tytuł tego tekstu zawiera w sobie całą treść tego, o czym co za chwilę Państwo przeczytacie.

Sobota, 7 listopada 2009 roku, godzina 19

Jadę autem ulicą Piłsudskiego na spotkanie ze znajomymi. Ulica pusta, więc pozwoliłem sobie na 70km/h. Na wysokości szpitala widzę w lusterkach niebieskie, migające światła. Pomyślałem, że jednak ta moja prędkość nie opłaci mi się. Była to Policja. Noga z pedału gazu mimowolnie przeskoczyła na hamulec. Korzystając z zatoczki autobusowej zjechałem, prawie się zatrzymując. Ku mojemu zdziwieniu auto policyjne przemknęło obok nie zwracając kompletnie uwagi na mnie. Kamień spadł mi z serca, ale równocześnie włączyła się ciekawość... gdzie jadą?

Ruszyłem ponownie tym razem miałem uprzywilejowany samochód przed sobą. Miałem chwilę "zapasu czasowego", więc postanowiłem za nimi jechać. Do tej pory nie wiem czemu, ale intuicja mi podpowiedziała, stróże prawa jadą na ulicę Fabryczną. Nie myliłem się. Już tych interwencji na tej ulicy było dość sporo, a tego sobotniego wieczoru była kolejna.

Podjechałem na osiedle. Już było po wszystkim. W jednym z bloków klatka zdemolowana, drzwi doszczętnie zniszczone, metr kwadratowy szyby na drzwiami był.... przed drzwiami w kawałkach. Tłum mieszkańców przed blokiem i tłum.... policjantów. Cztery radiowozy stały więc można sobie wyobrazić, że jednak to był tłum.

W aucie policyjnym przystosowanym do transportu delikwentów, słychać głuchy odgłos krzyków i uderzeń o stalowe ściany. No to jednak złapali sprawcę!! - pomyślałem. Niestety, ale bardzo się pomyliłem. Jak się później dowiedziałem w "furgonetce" była dziewczyna sprawcy, którą jako jedyną policjanci zatrzymali. Oj to na pewno musiała nabroić skoro z relacji świadków 4 policjantów wprowadzało ją do "klatki". Przy okazji jeden z policjantów, a dokładnie policjantka została opluta przez zatrzymaną podczas interwencji.

No dobra, ale co się tak naprawdę stało? No niestety finał tej demolki był taki, że dwie osoby po uderzeniu siekierą trafiło do szpitala. I na pewno nie zrobiła tego ta kobieta.

Mieszkańcy osiedla zdenerwowani i zbulwersowani postawą policji, znali najlepiej sytuację, gdyż - można powiedzieć - byli naocznymi świadkami tego co się stało kilka chwil wcześniej. Dlaczego te nerwy w stosunku do przedstawicieli prawa. Otóż policja nie mogła być świadkiem tego zdarzenia, ponieważ po 30 minutach jakie minęły, gdy przyjechał pierwszy radiowóz, nikt nie może być naocznym świadkiem! Ciekawe, bo przecież od zgłoszenia incydentu do miejsca docelowego dla pojazdu uprzywilejowanego jest - może dosłownie - parę minut. Ja wiem, że ulica Piłsudskiego jest w opłakanym stanie i przy większej prędkości można w dziurach koła pourywać, ale w tym przypadku był inny problem.

Mianowicie sprawcą tej całej demolki byli Romowie, bracia Jacek i Maciej D. A do nich patrole jeżdżą w innych porach, niż czas zgłoszenia włamań, pobić, wymuszeń itd. Ktoś spyta: incydentów? No właśnie to już nie pierwszy wybryk znanych w całych Sowlinach Romów. Niejednokrotnie odsiadywali wyroki za kradzieże, pobicia i rozboje. Niestety "bagaż doświadczeń", jaki noszą ze sobą, nie nauczył ich niczego. Totalnie bezkarni, robią co chcą, pobicia i zadymy to dla nich chleb powszedni.

Ale wracając do meritum sprawy. Dlaczego policja kompletnie nie reaguje na takie zdarzenia? A powinna konsekwentnie, zgodnie z literą prawa unieszkodliwiać takich delikwentów. Oczywiście to są pobożne życzenia, gdyż odkąd słyszałem o zdarzeniach na ulicy Fabrycznej z udziałem rodziny D., to prawie zawsze uchodziło im na sucho. Dlaczego "prawie"? Bo jak już wyżej wspomniałem są to recydywiści z odsiadkami, więc jakaś ręka sprawiedliwości ich dosięgnęła.

Któryś z policjantów kiedyś powiedział, że za takie pieniądze nie warto nadstawiać głowy. To ja się pytam: to kto ma zaprowadzić porządek jak nie policja, która ma do tego środki dane legalnie przez polskie prawo? Przecież praca policji prewencyjnej nie polega na obserwowaniu potencjalnych osób, które przedawkowały moczopędny alkohol, tym samym spisując ich za oddawanie moczu w miejscu publicznym? Oczywiście należy karać takie osoby, ale jak jest zgłoszenie że "cygan goni po osiedlu z siekierą" raniąc przy tym 2 osoby, to wtedy "jedynka" w skrzyni biegów jest ulubionym biegiem w radiowozach. Należałoby raz na zawsze zrobić porządek z rodziną D.

Jeden z policjantów powiedział na miejscu, że jeżeli mieszkańcy tzw. "Manhattanu" nie będą reagować odpowiednio na takie ekscesy, to oni nic nie mogą zrobić. To ja się pytam: jak mają reagować i co mają zrobić w razie takich okoliczności? Może również mają wziąć siekiery do ręki i gonić się wokół bloków? Każdy normalny obywatel - w takich sytuacjach - boi się o własne życie i zdrowie, jedynie co może zrobić to...... zadzwonić po policję. Natomiast każdy nienormalny obywatel w tym czasie demoluje mienie wspólnoty mieszkaniowej bo taka tam istnieje, raniąc przy tym dwie osoby. Mieszkańcy nie będą zeznawać przeciwko tym cyganom ponieważ są zastraszani.

Znam to z autopsji, jednak ja nie ugiąłem się pod naciskiem i zastraszeniem. Muszę przyznać, że miałem do czynienia z tą patologiczną rodziną, a dokładnie z ojcem wymienionych powyżej. Chodził i prosił mnie syn pana Mieczysława, Jacek D., że jak wycofam sprawę sądową to mi da pieniądze. Nie poszedłem na jego układy. Ostatecznie w sądzie sprawa zakończyła się w ten sposób, że pan Mietek w swoich zeznaniach skwitował to, że zranił mnie mówiąc: "według mnie Panie Sędzio to był żart". Oj ładny z niego żartowniś!! A ja bym mógł dziś nie mieć oka.

No ale dość prywaty, wracam do sprawy. Policja boi się reagować jeżeli, sprawa dotyczy mniejszości narodowej!! Byłbym niesprawiedliwy generalizując i "wrzucając" wszystkich Romów do jednego wora. Na pewno część z nas zna Romów, którzy uczciwie zarabiają na życie i żyją jak każdy z nas. Niestety opinie psują - nie bez podstaw - ci, którzy chodzą po mieście zwracając na siebie uwagę poprzez swoje naganne zachowanie. Sam byłem świadkiem jak dwóch cyganów weszło bez koszulek do banku spółdzielczego. Przecież kultura tego wymaga, że w miejscach publicznych należałoby mieć pełne odzienie na sobie, a bank - bez wątpienia - taki miejscem jest. No, ale to nie jest aż takie szkodliwe w porównaniu do tego, co innego robią. Są postrachem młodzieży szkolnej, która stoi na przystankach w oczekiwaniu na busa do domu. Zaczepiają przechodniów, wyłudzają od dzieci pieniądze, kupując później za nie alkohol. No i można sprawdzić statystyki policyjne, ile notatek policyjnych i interwencji !!skutecznych!! było w sprawie naruszania prawa przez Romów. Moje przypuszczenie graniczy z pewnością, że żadnych takich działań ze strony policji nie było.

Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że konkretne reagowanie na tego typu zdarzenia wymaga od stróżów prawa umiejętności i bardzo często balansowania na granicy prawa i jego naruszenia, ale w tej konkretnej sytuacji, gdy sprawdzano po zdarzeniu gdzie jest sprawca i radiowóz podjechał pod blok w którym mieszkał Jacek D., policjanci zapukali do drzwi mieszkania, które po chwili stanęły otworem i pojawiła się przy nich siostra Jacka, Agata. Policjanci spytali:"gdzie jest Jacek?", a Agata D. bez zastanowienia odpowiedziała im, że go w domu nie ma, tym samym wzbudzając zaufanie u stróżów prawa, iż jeżeli jego siostra im mówi, że go nie ma w domu to oznacza, że go faktycznie nie ma w domu. A co miała powiedzieć? Miała swojego brata dać im "na widelcu"? Ale nie brali już tego pod uwagę, że mieszkańcy zaraz po zdarzeniu mówili, że po zranieniu osób, bracia spokojnie udali się właśnie do tego bloku gdzie mieszka ich siostra Agata. Przecież kilka chwil wcześniej jeden z nich użył niebezpiecznego narzędzia raniąc dwie osoby, tym samym narażając je na utratę zdrowia lub życia! No chyba w takich przypadkach nie dyskutuje się w progu z naiwnym pytaniem o to gdzie jest sprawca, tylko można - w określonych przepisami przypadkach - wejść do mieszkania z "buta w drzwi" celem zatrzymania sprawców? Ale "savoir vivre" stosowany przez limanowską policję wobec notorycznie agresywnych cyganów, nie pozwala na zastosowanie bezpośrednich środków przymusu, tym samym umywając ręce.

Jestem prawie pewien, - choć chciałbym się w końcu raz pomylić w tej kwestii - że poszkodowani wyjdą zdrowi ze szpitala i sprawa ucichnie bez ponoszenia żadnych konsekwencji przez sprawców. Jednak mam cichą nadzieję, że w końcu bezkarność tych recydywistów będzie ukrócona, a ludzie na wyższych szczeblach zaczną  poważnie podchodzić do sytuacji i robić jak najwięcej dla poprawy bezpieczeństwa w naszym mieście, a nie skupiać się na statystykach, które prowadzą szeregowi policjanci prewencji, spisując podchmielonych nieletnich i tych, co nie przechodzą po pasach.

Nasuwa się pytanie: kto zapłaci za straty poniesione przez mieszkańców klatki, bo przecież koszty naprawy zniszczonego mienia do małych należeć nie będą? Ja mogę tylko wysunąć niestety żartobliwą propozycję, czyli: sprawcy tej rozróby - z kulą u nogi - w czynie społecznym powinni odpracować wyrządzone szkody. Abstrahuję już od tego, że tak naprawdę powinni ponieść surowe konsekwencje za pobicie i uszkodzenia ciała osób. Ale to już nie w mojej gestii. Od tego są inni, więc niech czynią swoją powinność. Skutecznie!!!

 

Poglądy prezentowane w dziale „Dziennikarstwo obywatelskie” są prywatnymi opiniami autorów tekstów i redakcja nie bierze za nie odpowiedzialności. Redakcja zachowuje sobie prawo do dokonywania skrótów oraz korekty nadsyłanych tekstów.

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in