List do Redakcji z Arizony: z daleka widać trochę inaczej…

11.12.2019 08:42:00 top 50 14795

Poniżej publikujemy list do redakcji nadesłany do nas z Arizony, którego autorem jest Limanowianin, Jacek Joniec "Jacenty". List publikujemy w całości.

Arizona USA, 6 grudnia 2019 r.

Pozdrowienia z Arizony! Z wielkim zainteresowaniem śledzę informacje na temat limanowskiej przeszłości autorstwa Pawła Zastrzeżyńskiego, publikowane na portalu limanowa.in i chciałbym się podzielić paroma obserwacjami: z daleka widać trochę inaczej… 

Fascynuje mnie, ile skrajnych emocji wzbudzają te teksty: wydawałoby się, że to „dawno i nieprawda”, a tu okazuje się, że emocje czytelników buzują, aż iskry lecą! Najciekawsze jest to, że najwięcej kontrowersji wzbudzają te teksty, które po prostu opisują suche fakty: proste opisy dokumentów wyszukanych w archiwach. To właśnie po takich tekstach spada na autora największa lawina bluzgów (i tak chyba nieco cenzurowanych przez redakcję).

Nie będę ukrywał: znam Pawła Zastrzeżyńskiego od 35 lat, od czasu, gdy w 1984 był zastępowym zastępu „Niedźwiedzie” w limanowskiej 18 Drużynie Harcerskiej. Czytam to, co Paweł pisze i nie dziwię się, że jego teksty publicystyczne wzbudzają emocje. Ale okazuje się – o dziwo – że to nie radykalne, czy niewygodne przemyślenia wzbudzają falę bluzgów, a taka fala pojawia się za każdym razem, gdy na limanowa.in pojawia się opis kolejnych dokumentów znalezionych w IPN. Wydawałoby się: po prostu kawałek historii. A tu ukazuje się, że niezupełnie.

Ostatnio takie emocje wzbudziła publikacja o agenturalnej przeszłości księdza Ślęka. Czytając komentarze internautów można dojść do wniosku, że to Paweł Zastrzeżyński jest winien temu, że ksiądz Ślęk przez 2 lata współpracował z bezpieką. Podobnie jest za każdym razem, gdy któraś z „limanowskich figur” okazuje się być uwikłana we współpracę z organami represji z czasów PRL-u. Ludzie! Litości: nie strzelajcie do posłańca!

Znałem oczywiście księdza Ślęka: któż z mieszkańców Limanowej go nie znał? W latach 80-tych krążyły o nim legendy. Do dziś pamiętam, jak wydarł się na mnie w kościele, gdy będąc dzieckiem, nie zachowałem należytej ostrożności i nie usunąłem się w porę, gdy dumnie kroczył przez limanowską świątynię ze swoją nieodłączną laską. 

Przypadek księdza Ślęka jest interesujący, bo pozwala zauważyć kilka bałamutnych tez, powtarzanych za każdym razem, gdy wychodzi na jaw fakt czyjejś agenturalnej przeszłości. Pierwsza taka teza to natychmiastowe wyparcie: wszystko to nieprawda! To są wszystko ubeckie fałszywki! Ubecja „masowo fałszowała teczki” – twierdzą niektórzy z komentatorów. 

Wiele osób chętnie powtarza tego typu tezy, kopiując po prostu opowieści Lecha Wałęsy, jak to – rzekomo – służba bezpieczeństwa wytworzyła dokumenty na jego temat. Nawet jeśli przyjąć, że te opowieści mogły mieć jakieś podstawy w przypadku Wałęsy, to w żadnym razie nie wynika z tego, że każda teczka byle agenta z zapadłej dziury została sfabrykowana. Nie ma żadnych podstaw, by coś takiego opowiadać. Jeśli ktoś z internutów takie podstawy ma, to niechże się pofatyguje i prześle do redakcji limanowa.in dokumenty na ten temat! Konkrety: choćby listę teczek, które zostały zweryfikowane jako fałszywki przez IPN lub niezależny sąd. No skoro te teczki były „masowo fałszowane”, to chyba nie powinno być z tym problemu?

Co sprytniejsi i bardziej oczytani opowiadają dodatkowo o różnych super-tajnych super-bezpiekach werbujących super-agentów i ukrywających informacje na ich temat w książce kucharskiej teściowej. No bez przesady! Nawet zakładając, że takie instytucje istniały, to naprawdę myślicie państwo, że nie miały nic lepszego do roboty, niż fabrykować teczkę jakiegoś wikarego z podlimanowskiej wioski? Nie, proszę państwa: to nie są żadne fałszywki! To są dokumenty ukazujące, jak wyglądała nasza historia. 

Ale przyjmijmy na chwilę, że teza o fabrykowaniu teczek byłych tajnych współpracowników jest prawdziwa. Proszę mi w takim razie powiedzieć: gdzie jest sfabrykowana teczka księdza prałata Kowalskiego? Czemu jakoś nikt nie sfabrykował jego agenturalnej współpracy? Czemu jakimś dziwnym trafem za każdym razem w teczce personalnej agenta znajduje się dokładna, do bólu prawdziwa charakterystyka personalna i precyzyjny plan opisujący, jak podejść do kandydata na TW, żeby go zwerbować? 

Prawda jest o wiele bardziej prozaiczna: lokalni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa wykonywali, co do nich należało, werbowali agentów jak im kazano i dokumentowali wszystko tak, jak im nakazywały procedury. Każdy, kto choć raz przeglądał materiały archiwalne z czasów PRL-u jest zadziwiony skrupulatnością i rzetelnością tej dokumentacji. Przypomnijmy: nie było wtedy komputerów! A mimo to dokumenty są prowadzone nienagannie, z dokładnością i precyzją, której nie powstydziłby się niejeden z współczesnych informatyków. I choć wiele materiałów dawnej SB zostało zniszczone, to i tak to co pozostało odsłania przerażającą skalę inwigilacji, której byliśmy wszyscy poddawani. To nie są żadne fałszywki: tą są fakty, o których po prostu wielu z nas chciałoby zapomnieć.

Drugie oskarżenie, które często się pojawia w komentarzach to „szarganie pamięci o zmarłych, którzy nie mogą już się bronić”. Hola, hola: a czemuż ci zmarli nie bronili się, kiedy jeszcze żyli? Gdzie byli w przez ostatnie 30 lat? Co im nie pozwalało „obronić się”, albo przynajmniej przyznać do winy? Ile ludzi z lokalnej społeczności przyznało się publicznie, że coś im tam się zdarzyło w przeszłości? Ilu wystąpiło z wnioskiem o auto-lustrację? Zdaje mi się, że zero? Jeśli się mylę, to proszę mi przypomnieć nazwiska. Bo ja jakoś mam wrażenie, że do dnia dzisiejszego wszyscy byli agenci postępują dokładnie według tej samej instrukcji na wypadek dekonspiracji: „po pierwsze: nic nie podpisałem; nawet jak podpisałem – to nie donosiłem; a nawet jak donosiłem, to przecież nikomu nie szkodziłem”.

Kolejny fałsz, który doskonale demaskuje przypadek księdza Ślęka, to opowieści o tym, jak to „nie dało się nie współpracować”: otóż – jak widać na załączonym obrazku: dało się! Ksiądz Ślęk, choć zobowiązanie do współpracy podpisał, to po prostu był złym agentem: migał się od współpracy, nie dostarczał wartościowych informacji. Po stosunkowo krótkim czasie bezpieka stwierdziła, że agent „nie rokuje” i najnormalniej w świecie skreśliła go z ewidencji. Nie rozstrzelano go, nie zakopano w lesie: po prostu zakończono współpracę, dokumenty złożono w archiwum. A przecież mówimy o latach 50-tych: najtwardszym okresie komuny! Więc przestańcie państwo internauci opowiadać, że każdy ormowiec, każdy tajny współpracownik bezpieki w Limanowej „nie miał wyjścia i musiał współpracować”!  Bo po prostu bzdury gadacie!

Życzę Redakcji Limanowa.in odwagi i konsekwencji w odsłanianiu przeszłości. Warto by było pokazać w ramach tej pracy także tych, którzy się nie ugięli, nie dali się złamać, często płacąc za to ogromną cenę. Ich historie są fascynujące i warto, by nie zostały zapomniane. 

Pozdrawiam!
Jacek Joniec „Jacenty”

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in